Uważaj o czym marzysz, bo się spełni...
Granica między niespełnionym, a spełnionym marzeniem jest bardzo płynna. Można by powiedzieć, że aż strach marzyć, bo łatwiej jest spełnić marzenie niż później od niego uciec, gdy okaże się, że coś nie tak...
sobota, 21 października 2017
sobota, 10 czerwca 2017
Marzenie
Pewnego razu było sobie marzenie. Było
sobie malutkie, gdzieś na dnie, siedziało po cichu i udawało, że
go nie ma.
Samo nawet zapomniało, że istnieje.
Gdy tak siedziało na dnie, wszystko
dokoła stało się czarno białe. Było szaro i nudno. Marzenie
siedziało dalej i nawet nie podejrzewało, że kolor rzeczywistości
ma jakiś związek z nim samym.
No tak, jest tak szaro i buro –
mówiło. Jakżesz mogę wyjść na wierzch? Nie ma sensu, przecież
i tak nie mam szans. Nie zmienię świata. To świat niech się
zmieni, a wtedy może pomyślę...
I siedziało dalej.
Pewnego razu, zupełnie przypadkiem - z
pewnością nie miało to nic wspólnego z niczym, ani też nie było
odgórnie zamierzone - marzenie wypłynęło na wierzch.
Może się zamyśliło? A może coś
ciekawego zobaczyło na powierzchni? Może usłyszało jakiś głos i
wydawało mu się, że ktoś je woła? Nie wiadomo. Ale wypłynęło.
Spojrzało przed siebie wzrokiem
nieobecnym. Gdy tak patrzyło, nagle światło, które było tam cały
czas, a jedynie z niewiadomej przyczyny nie rozświetlało już
świata jak dawniej, zobaczyło je i roześmiało się.
Roześmiało się i rozświetliło
świat na nowo. Wszystko znowu stało się piękne. Pojawiły się
kolory. Piękniejsze niż kiedykolwiek.
Wtedy marzenie odzyskało jasność
widzenia. Rozejrzało się dookoła uważnie i nie wierzyło swoim
oczom. Kolory były obecne! Pełno kolorów. Było pięknie!
Nie rozumiało, co się stało, że tak
nagle pojawiły się kolory. Ale to nie było już ważne.
Uwierzyło, że ma szanse na nowo.
Otworzyło swoje serce i wypuściło z niego morze świetlistych
motyli.
Uwierzyło, że może istnieć. Że
świat jest mu przyjazny. Że spełnienie pochodzi z jego wnętrza.
Że kolory pochodzą z wnętrza. Zrozumiało, że kolory zniknęły,
bo ono się schowało. Że nic nie było możliwe, bo ono siedziało
schowane. Że wszystkie możliwości siedziały schowane w jego
sercu.
Odtąd świat zawsze już był pełen
blasku, nigdy już nie stał się czarno biały. Świetliste motyle
obleciały cały wszechświat i zaniosły miłość do wszystkich
jego zakątków. Marzenie się spełniło, bo uwierzyło, że może...
piątek, 25 marca 2016
Zmiany
Zmiany, zmiany, zmiany! Gdy już wszystko tutaj dopracuję, wracam do pisania w Cafe Hurriya. Jednak tym razem będzie inaczej.
Jest inny etap, a inne etapy wymagają innych rozwiązań.
Przede wszystkim postaram się pisać regularnie, wg jakieś luźnego planu. Luźnego, bo jednak hurriya to hurriya, zasada swobodnego działania. Niech wszystko sobie nadal płynie w swoim tempie, jednak tym razem postaram się wytyczyć jakiś kierunek.
Planuję posty o języku tureckim, o kulturze, o tym i owym i oczywiście nie może zabraknąć luźnych przemyśleń. No i MUZYKA.
Poza tym będzie FP na facebooku. Dotychczas nie mogłam się przemóc, jednak mój sklep Hurriya przełamał tą blokadę. Nie mam jeszcze swobody w wyrażaniu myśli, ani nawyku udostępniania czegoś regularnie, jednak jestem o krok bliżej. Także będzie FP.
Planuję też przejście na swoją domenę. Nie wiem jeszcze, kiedy to zrobię, ale powoli zgłębiam temat.
Poza tym z tych rzeczy, które już widać to nowe kolory, logo i podłączony pięknie do bloga Hurriya EtnoSklep.
Także już teraz zapraszam do zaglądania i śledzenia postępów.
Otwarta też jestem na wszelkie sugestie, uwagi, krytykę itp. Można do mnie pisać na maila:
sklep@hurriya.pl lub cafehurriya@yahoo.com. Zapraszam!
Jest inny etap, a inne etapy wymagają innych rozwiązań.
Przede wszystkim postaram się pisać regularnie, wg jakieś luźnego planu. Luźnego, bo jednak hurriya to hurriya, zasada swobodnego działania. Niech wszystko sobie nadal płynie w swoim tempie, jednak tym razem postaram się wytyczyć jakiś kierunek.
Planuję posty o języku tureckim, o kulturze, o tym i owym i oczywiście nie może zabraknąć luźnych przemyśleń. No i MUZYKA.
Poza tym będzie FP na facebooku. Dotychczas nie mogłam się przemóc, jednak mój sklep Hurriya przełamał tą blokadę. Nie mam jeszcze swobody w wyrażaniu myśli, ani nawyku udostępniania czegoś regularnie, jednak jestem o krok bliżej. Także będzie FP.
Planuję też przejście na swoją domenę. Nie wiem jeszcze, kiedy to zrobię, ale powoli zgłębiam temat.
Poza tym z tych rzeczy, które już widać to nowe kolory, logo i podłączony pięknie do bloga Hurriya EtnoSklep.
Także już teraz zapraszam do zaglądania i śledzenia postępów.
Otwarta też jestem na wszelkie sugestie, uwagi, krytykę itp. Można do mnie pisać na maila:
sklep@hurriya.pl lub cafehurriya@yahoo.com. Zapraszam!
wtorek, 23 lutego 2016
Hurriya EtnoSklep
No to jestem. I pragnę ogłosić, że właśnie powstaje SKLEP.
Internetowy. O nazwie Hurriya EtnoSklep.
W tej chwili jest w fazie budowy, a towar w drodze. Ale lada dzień ogłoszę OTWARCIE.
Także do zobaczenia :)
Internetowy. O nazwie Hurriya EtnoSklep.
W tej chwili jest w fazie budowy, a towar w drodze. Ale lada dzień ogłoszę OTWARCIE.
Także do zobaczenia :)
poniedziałek, 2 lutego 2015
Hurriya i zmiana. W swoim tempie.
Ten blog powstał w celu realizowania marzeń. Powstał, abym w codziennym chaosie nie zapomniała o swojej drodze. Abym jej nie zgubiła, a pierwotnie, abym ją w pełni odnalazła.
Po drodze dużo się zmieniało. Ja się zmieniałam. Gubiłam się i odnajdywałam. Uświadamiałam sobie to i owo. Uwalniałam się od czegoś, wpadałam w co innego. Szukając wolności (hurriya). Zrozumiałam, że wolność zaczyna się w środku. A dopiero potem może promieniować do zewnętrznych aktywności. Ale czy możliwa jest pełna wolność? W środku miasta? Posiadając rodzinę? Mając swoje potrzeby? A także będąc odpowiedzialnym za zaspokajanie potrzeb innych? (dzieci) Nie jest możliwa. Zawsze istnieją jakieś ograniczenia i uwarunkowania. Zawsze też można działać im na przekór, ale też nie ma wolności od konsekwencji. A zresztą działanie "na przekór" nie jest przecież wolnością. Sami więc wybieramy swoje "ograniczenia". I w tym akurat jest wolność.
Ale czym jest wolność, której szukam ja? Co chciałam powiedzieć nazywając swój projekt wyzwalania siebie "hurriya"?
Teraz z perspektywy czasu widzę to inaczej. Może pełniej, a może jeszcze dużo mi brakuje do pełni. Na początku chodziło o wyzwolenie w sensie dosłownym z bardzo namacalnych ograniczeń. Wydawało mi się, że te ograniczenia związane są ściśle z pewnymi osobami, okolicznościami, miejscem itd. Na różne sposoby pojawiały się w mojej głowie drugie dna tej sprawy, ale sednem było wyzwolenie/odzyskanie wolności. W międzyczasie, choć z wielkim trudem i nie raz wewnętrznym sprzeciwem zaczęłam rozumieć, że ograniczenia są we mnie. Że to, co dzieje się w życiu ma swoje źródło we mnie. I że nie zmienię tego, co na zewnątrz, nie zmieniając siebie. "Bądź zmianą, którą chcesz ujrzeć w świecie." No właśnie. Powiedziałam sobie, że muszę zmienić siebie. To już jakiś krok. Akceptacja swojej niedoskonałości i faktu, że sama jestem odpowiedzialna za swoje życie. Że to ja mogę je zmienić. Że nie muszę "najpierw" się wyzwalać. Zmiana jest wyzwoleniem. I wstąpiłam na drogę zmiany.
Czasem na początku jakiegokolwiek działania, może się wydawać, że to prosta i szybka sprawa. Zmienię i już. A tu się okazuje, że to cały proces. Że każdy krok jest zmianą. Że zmiana ma różne etapy. Że czasem można nawet (pozornie) cofnąć się do punktu wyjścia. Że wiele razy traci się nadzieję. Że zmiana często kosztuje utratę wiary w siebie. Że trzeba się mierzyć ze swoją słabością. Odkrywać, że niektóre rzeczy jeszcze nie są gotowe do zmiany. Że nie da się wszystkiego zmienić od razu. Potem nawet okazuje się, że to, co chcemy zmienić, również pełni jakąś rozwojową rolę w naszym życiu. Jest przydatne. I wtedy pojawia się głos: to może by tak... zostawić jak jest...? Nie, nie! Nie chcemy tkwić w zastoju! Przydatność tego, to właśnie pobudzanie do rozwoju i mobilizowanie do zmiany, poprzez swoją uciążliwość. Wszystko jest na miejscu. Skoro pojawia się chęć zmiany, to znaczy, że zmiana dzieje się.
Z m i a n a d z i e j e s i ę !!!
Kolejne schody, to odkrycie, że wcale nie jest tak, że im bardziej będziemy się starać tym sprawniej zajdą trwałe (?) zmiany. Bo może się okazać, że zmiana polega na odpuszczeniu. Na pogodzeniu się z faktem, że wszystko dzieje się we własnym tempie i że nie należy przyspieszać. Że nie da się przyspieszyć. Że nie ma sensu przyspieszać. Że wszelki stres wywołany chęcią zmiany powoduje jej blokowanie. A może nawet powstawanie nowych utrudnień w formie przekonań, że coś jest tak baaaardzo trudne i tak duuuuzo wymaga siły i uwagi. A gdyby po prostu robić, co się robi nie spiesząc się, to i tak by się wydarzyło, bez niepotrzebnych nowych blokad.
I tak, jestem w punkcie wyjścia. Nie, gdzieś po środku drogi. W poszukiwaniu zmiany, w poszukiwaniu siebie prawdziwej. Idę i się boję. A mimo to cały czas idę. W swoim tempie.
Po drodze dużo się zmieniało. Ja się zmieniałam. Gubiłam się i odnajdywałam. Uświadamiałam sobie to i owo. Uwalniałam się od czegoś, wpadałam w co innego. Szukając wolności (hurriya). Zrozumiałam, że wolność zaczyna się w środku. A dopiero potem może promieniować do zewnętrznych aktywności. Ale czy możliwa jest pełna wolność? W środku miasta? Posiadając rodzinę? Mając swoje potrzeby? A także będąc odpowiedzialnym za zaspokajanie potrzeb innych? (dzieci) Nie jest możliwa. Zawsze istnieją jakieś ograniczenia i uwarunkowania. Zawsze też można działać im na przekór, ale też nie ma wolności od konsekwencji. A zresztą działanie "na przekór" nie jest przecież wolnością. Sami więc wybieramy swoje "ograniczenia". I w tym akurat jest wolność.
Ale czym jest wolność, której szukam ja? Co chciałam powiedzieć nazywając swój projekt wyzwalania siebie "hurriya"?
Teraz z perspektywy czasu widzę to inaczej. Może pełniej, a może jeszcze dużo mi brakuje do pełni. Na początku chodziło o wyzwolenie w sensie dosłownym z bardzo namacalnych ograniczeń. Wydawało mi się, że te ograniczenia związane są ściśle z pewnymi osobami, okolicznościami, miejscem itd. Na różne sposoby pojawiały się w mojej głowie drugie dna tej sprawy, ale sednem było wyzwolenie/odzyskanie wolności. W międzyczasie, choć z wielkim trudem i nie raz wewnętrznym sprzeciwem zaczęłam rozumieć, że ograniczenia są we mnie. Że to, co dzieje się w życiu ma swoje źródło we mnie. I że nie zmienię tego, co na zewnątrz, nie zmieniając siebie. "Bądź zmianą, którą chcesz ujrzeć w świecie." No właśnie. Powiedziałam sobie, że muszę zmienić siebie. To już jakiś krok. Akceptacja swojej niedoskonałości i faktu, że sama jestem odpowiedzialna za swoje życie. Że to ja mogę je zmienić. Że nie muszę "najpierw" się wyzwalać. Zmiana jest wyzwoleniem. I wstąpiłam na drogę zmiany.
Czasem na początku jakiegokolwiek działania, może się wydawać, że to prosta i szybka sprawa. Zmienię i już. A tu się okazuje, że to cały proces. Że każdy krok jest zmianą. Że zmiana ma różne etapy. Że czasem można nawet (pozornie) cofnąć się do punktu wyjścia. Że wiele razy traci się nadzieję. Że zmiana często kosztuje utratę wiary w siebie. Że trzeba się mierzyć ze swoją słabością. Odkrywać, że niektóre rzeczy jeszcze nie są gotowe do zmiany. Że nie da się wszystkiego zmienić od razu. Potem nawet okazuje się, że to, co chcemy zmienić, również pełni jakąś rozwojową rolę w naszym życiu. Jest przydatne. I wtedy pojawia się głos: to może by tak... zostawić jak jest...? Nie, nie! Nie chcemy tkwić w zastoju! Przydatność tego, to właśnie pobudzanie do rozwoju i mobilizowanie do zmiany, poprzez swoją uciążliwość. Wszystko jest na miejscu. Skoro pojawia się chęć zmiany, to znaczy, że zmiana dzieje się.
Z m i a n a d z i e j e s i ę !!!
Kolejne schody, to odkrycie, że wcale nie jest tak, że im bardziej będziemy się starać tym sprawniej zajdą trwałe (?) zmiany. Bo może się okazać, że zmiana polega na odpuszczeniu. Na pogodzeniu się z faktem, że wszystko dzieje się we własnym tempie i że nie należy przyspieszać. Że nie da się przyspieszyć. Że nie ma sensu przyspieszać. Że wszelki stres wywołany chęcią zmiany powoduje jej blokowanie. A może nawet powstawanie nowych utrudnień w formie przekonań, że coś jest tak baaaardzo trudne i tak duuuuzo wymaga siły i uwagi. A gdyby po prostu robić, co się robi nie spiesząc się, to i tak by się wydarzyło, bez niepotrzebnych nowych blokad.
I tak, jestem w punkcie wyjścia. Nie, gdzieś po środku drogi. W poszukiwaniu zmiany, w poszukiwaniu siebie prawdziwej. Idę i się boję. A mimo to cały czas idę. W swoim tempie.
czwartek, 11 września 2014
Dobry dzień.
Dawno nie siedziałam bezczynnie rodząc pomysły. Raczej nastawiłam się na realizowanie wcześniej urodzonych tudzież wszelakich spraw zaległych. I dobrze. Przez chwilę nawet miałam wrażenie, że coś się ze mną stało i że nie uda mi się wrócić do siebie, tej siedząco-myślącej, czasem piszącej, a czasem zwyczajnie odlecianej. Ale nie. Na szczęście wszystko jest na miejscu. A nawet jest lepiej. Bo z drugiej strony nie można cały czas być siedząco- myślącą istotą. Czasem trzeba pędzić, działać, odhaczać itp. Po to by później móc się delektować chwilą. Niestety ja nadal tkwię w nadmiarze wszystkiego. Jest tego mniej, ale i tak dużo za dużo. (Albo to moje subiektywne odczucie.) Mój udział w Projekcie Zmiana niesamowicie mi pomógł. Zresztą jeszcze się nie zakończył, a nawet myślę, że się właśnie rozwija. Ale odkąd przystąpiłam do projektu wiele się zmieniło i wiele poszło do przodu. I z tego się bardzo cieszę. Zresztą wcale nie jest tak, że przez ten czas pędziłam, działałam i odhaczałam. Było wszystkiego po trochę. Równowaga. Chwile spokojnego siedzenia i delektowania się. I chwile w biegu. Co ciekawe, wszystkie te momenty odebrałam pozytywnie i nie czułam się zestresowana pędząc, ani winna siedząc. I to najważniejsze.
A teraz sobie trochę choruję, co stworzyło okazję do tego posta. Dzisiejsze plany się zmieniły, dzięki czemu mogłam zostać w domu. Dawno nie słuchałam muzyki godzinami, dawno nie czytałam książki bez ograniczeń czasowych, dawno nie miałam chwili całkowitego wewnętrznego odpuszczenia, dawno nie tańczyłam...
Jest dobrze.
A teraz sobie trochę choruję, co stworzyło okazję do tego posta. Dzisiejsze plany się zmieniły, dzięki czemu mogłam zostać w domu. Dawno nie słuchałam muzyki godzinami, dawno nie czytałam książki bez ograniczeń czasowych, dawno nie miałam chwili całkowitego wewnętrznego odpuszczenia, dawno nie tańczyłam...
Jest dobrze.
niedziela, 7 września 2014
poniedziałek, 14 lipca 2014
Lekcje przez e-mail
Obiecałam szczegóły na temat lekcji mailowych, a tu cisza. Już się poprawiam. Lekcje mailowe to bardzo dobry sposób nauki dla osób, które:
-Nie mają czasu na lekcje osobiście
-Mieszkają daleko
-Są tzw. samoukami, wolą przerabiać materiał samodzielnie
-Znają podstawy i chcą uczyć się nowych rzeczy
- Mają kogoś do ćwiczenia praktycznej znajomości, ale brakuje im przystępnych wyjaśnień gramatyki
- Chciałyby uporządkować swoją znajomość języka wyniesioną z praktyki
- Lub po prostu chcą, by nauka była tańsza niż metodą tradycyjną.
Ten pomysł przyszedł mi do głowy na podstawie własnych doświadczeń. Przypomniałam sobie czas, gdy sama nauczyłam się języka w praktyce, jednak jeszcze nie wiedziałam co i dlaczego wygląda tak, a nie inaczej. Co wtedy zrobiłam? Zaczęłam studiować turkologię.
Jednak wszyscy wiemy, że inaczej jest uczyć się z własnej woli, a inaczej, gdy ktoś w jakiś sposób nas "sprawdza" i wywiera presję. Dobrze jest chcieć, ale nie musieć. Dobrze jest móc zrezygnować w każdej chwili. O to właśnie chodzi.
Lekcje mailowe są takie jakich życzy sobie uczeń. Układane indywidualnie. Dopasowywane do potrzeb i pragnień. Do tego możliwość konsultacji przez telefon, gdyby coś było niejasne.
Lekcja przykładowo może się składać z:
-Tekstu w jęz. tureckim wraz z tłumaczeniem i wyjaśnieniem zagadnień gramatycznych+ćwiczeń
lub
-Materiału gramatycznego+przykładów+ ćwiczeń
lub nawet
-Piosenki wraz z tłumaczeniem i wyjaśnieniem+kilku przysłów+słynnego cytatu
Może też być kombinacją poszczególnych wariantów. Wedle życzenia.
Zapraszam.
cafehurriya@yahoo.com
-Nie mają czasu na lekcje osobiście
-Mieszkają daleko
-Są tzw. samoukami, wolą przerabiać materiał samodzielnie
-Znają podstawy i chcą uczyć się nowych rzeczy
- Mają kogoś do ćwiczenia praktycznej znajomości, ale brakuje im przystępnych wyjaśnień gramatyki
- Chciałyby uporządkować swoją znajomość języka wyniesioną z praktyki
- Lub po prostu chcą, by nauka była tańsza niż metodą tradycyjną.
Ten pomysł przyszedł mi do głowy na podstawie własnych doświadczeń. Przypomniałam sobie czas, gdy sama nauczyłam się języka w praktyce, jednak jeszcze nie wiedziałam co i dlaczego wygląda tak, a nie inaczej. Co wtedy zrobiłam? Zaczęłam studiować turkologię.
Jednak wszyscy wiemy, że inaczej jest uczyć się z własnej woli, a inaczej, gdy ktoś w jakiś sposób nas "sprawdza" i wywiera presję. Dobrze jest chcieć, ale nie musieć. Dobrze jest móc zrezygnować w każdej chwili. O to właśnie chodzi.
Lekcje mailowe są takie jakich życzy sobie uczeń. Układane indywidualnie. Dopasowywane do potrzeb i pragnień. Do tego możliwość konsultacji przez telefon, gdyby coś było niejasne.
Lekcja przykładowo może się składać z:
-Tekstu w jęz. tureckim wraz z tłumaczeniem i wyjaśnieniem zagadnień gramatycznych+ćwiczeń
lub
-Materiału gramatycznego+przykładów+ ćwiczeń
lub nawet
-Piosenki wraz z tłumaczeniem i wyjaśnieniem+kilku przysłów+słynnego cytatu
Może też być kombinacją poszczególnych wariantów. Wedle życzenia.
Zapraszam.
cafehurriya@yahoo.com
czwartek, 19 czerwca 2014
Turecki przez e-mail
Wkrótce nowa inicjatywa! Planuję uruchomienie nowej formy lekcji tureckiego. Lekcje przez e-mail :)
Szczegóły niedługo!
Szczegóły niedługo!
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Türk kahvesi czyli kawa po turecku
Było już o herbacie, to nie może zabraknąć i kawy ! Mocna, aromatyczna, często słodka kawa po turecku, pijana jest w małych filiżankach (fincan). Sposób parzenia kawy po turecku różni się od tego znanego w Europie. Do zaparzenia kawy potrzebne jest naczynie o nazwie "cezve" (czyt. dżezwe). Jest to mały tygielek z długim uchwytem. Do naczynia wsypujemy potrzebną ilość kawy (np. 2 łyżeczki na filiżankę) oraz odmierzoną za pomocą filiżanki ilość zimnej wody. Dosypujemy także cukru, jeśli zamierzamy go użyć. Jeśli przykładowo będziemy przygotowywać dwie filiżanki kawy, wsypujemy ilośc kawy potrzebną do tego, dwie filiżanki wody oraz potrzebną ilość cukru. Minusem jest to, że nie da się w ten sposób zrobić jednej filiżanki słodkiej, a drugiej nie. Obie osoby będą piły kawę z taką samą ilościa cukru.
Pozornie sposób wsypania i wymieszania nie powinien mieć znaczenia, jednak podobno ma. Ja nauczyłam się tego kiedyś od dwóch sióstr, u których mieszkałam, a które uwielbiały parzyć sobie kawę w środku nocy (np. o drugiej). Tak naprawdę chodziło nie o samą kawę, a o wróżbę, którą potem się z niej robiło. Ich sposób wyglądał tak:
Wsypujemy potrzebną ilość kawy i cukru do cezve. Zazwyczaj było to dwie łyżeczki kawy na filiżankę oraz łyżeczka cukru. Potem odmierzamy filiżanką wodę, jednak wlewamy tylko trochę, tak aby po wymieszaniu powstała pasta. Mieszamy całość dokładnie, po czym dolewamy resztę wody. Stawiamy cezve na ogniu. Na początku ogień może być większy, jednak uważnie pilnujemy, aby kawa nie wykipiała. Gdy zaczyna pojawiać się piana, trochę przykręcamy ogień. Przygotowujemy filiżanki obok kuchenki. Gdy kawa zaczyna wrzeć i pojawia się piana (Liczy się refleks!), ściągamy ją z ognia, zbieramy łyżeczkę piany i wlewamy do filiżanek, po jednej do każdej. Stawiamy cezve ponownie na ogniu i czekamy aż znowu zacznie wrzeć. Gdy pojawia sie piana, znowu ściagamy i po łyżeczce do każdej filiżanki. Według tego jak nauczyły mnie Siostry, powinno się tą czynność wykonac trzy razy. Na końcu wlewamy do filiżanek kawę do pełna. W ten sposób, dzięki "zbieraniu piany", kawa ma więcej pianki i jest lepsza. Kawę pijemy, gdy jest jeszcze gorąca.
Do zrobienia kawy po turecku można użyć dowolnej kawy mielonej, jednak im drobniej mielona tym lepiej. Kawa mielona w Turcji jest tak drobna, że niemalże nie czuć jej w buzi. W Turcji możemy kupić kawę w gotowych opakowaniach lub też mieloną na miejscu. Jak nie trudno się domyślić ta druga jest świeższa i bardziej aromatyczna, jednak szybciej traci swą świeżość. Jedną z najlepszych marek kawy w Turcji jest Kurukahveci Mehmetefendi.
Po wypiciu kawy aż się prosi odwrócić filiżankę i zrobić sobie z niej wróżbę. W Turcji jest to bardzo powszechny zwyczaj, praktykowany na ogół przez kobiety. Spotykają się na plotki, piją kawę i wróżą sobie nawzajem wypatrując na dnie filiżanki symbolu obrączki (kółko) oznaczającego bliskie zamążpójście lub np. ptaków będących symbolem wiadomości. O wróżeniu z kawy pisałam już tutaj.
Po turecku kawa to kahve, a kawa po turecku Türk kahvesi.
Inne słówka kawowe:
fincan - filiżanka
şeker - cukier
su- woda
kaşık - łyżka
tabak - talerzyk
köpük - pianka
sıcak kahve - gorąca kawa
soğuk kahve - zimna kawa
neskafe - kawa rozpuszczalna (tak, tak:)
kahve falı - wróżba z kawy
kahve içmek - pić kawę
Kahve içiyorum. - Piję kawę.
Kahve içer misin? - Czy napijesz sie kawy?
fal bakmak - wróżyć
yudum - łyk
yudum yudum içmek - pić małymi łykami
kafein - kofeina
tat - smak
kahve kokusu - zapach kawy
Pozornie sposób wsypania i wymieszania nie powinien mieć znaczenia, jednak podobno ma. Ja nauczyłam się tego kiedyś od dwóch sióstr, u których mieszkałam, a które uwielbiały parzyć sobie kawę w środku nocy (np. o drugiej). Tak naprawdę chodziło nie o samą kawę, a o wróżbę, którą potem się z niej robiło. Ich sposób wyglądał tak:
Wsypujemy potrzebną ilość kawy i cukru do cezve. Zazwyczaj było to dwie łyżeczki kawy na filiżankę oraz łyżeczka cukru. Potem odmierzamy filiżanką wodę, jednak wlewamy tylko trochę, tak aby po wymieszaniu powstała pasta. Mieszamy całość dokładnie, po czym dolewamy resztę wody. Stawiamy cezve na ogniu. Na początku ogień może być większy, jednak uważnie pilnujemy, aby kawa nie wykipiała. Gdy zaczyna pojawiać się piana, trochę przykręcamy ogień. Przygotowujemy filiżanki obok kuchenki. Gdy kawa zaczyna wrzeć i pojawia się piana (Liczy się refleks!), ściągamy ją z ognia, zbieramy łyżeczkę piany i wlewamy do filiżanek, po jednej do każdej. Stawiamy cezve ponownie na ogniu i czekamy aż znowu zacznie wrzeć. Gdy pojawia sie piana, znowu ściagamy i po łyżeczce do każdej filiżanki. Według tego jak nauczyły mnie Siostry, powinno się tą czynność wykonac trzy razy. Na końcu wlewamy do filiżanek kawę do pełna. W ten sposób, dzięki "zbieraniu piany", kawa ma więcej pianki i jest lepsza. Kawę pijemy, gdy jest jeszcze gorąca.
Do zrobienia kawy po turecku można użyć dowolnej kawy mielonej, jednak im drobniej mielona tym lepiej. Kawa mielona w Turcji jest tak drobna, że niemalże nie czuć jej w buzi. W Turcji możemy kupić kawę w gotowych opakowaniach lub też mieloną na miejscu. Jak nie trudno się domyślić ta druga jest świeższa i bardziej aromatyczna, jednak szybciej traci swą świeżość. Jedną z najlepszych marek kawy w Turcji jest Kurukahveci Mehmetefendi.
Po turecku kawa to kahve, a kawa po turecku Türk kahvesi.
Inne słówka kawowe:
fincan - filiżanka
şeker - cukier
su- woda
kaşık - łyżka
tabak - talerzyk
köpük - pianka
sıcak kahve - gorąca kawa
soğuk kahve - zimna kawa
neskafe - kawa rozpuszczalna (tak, tak:)
kahve falı - wróżba z kawy
kahve içmek - pić kawę
Kahve içiyorum. - Piję kawę.
Kahve içer misin? - Czy napijesz sie kawy?
fal bakmak - wróżyć
yudum - łyk
yudum yudum içmek - pić małymi łykami
kafein - kofeina
tat - smak
kahve kokusu - zapach kawy
sobota, 26 kwietnia 2014
wtorek, 22 kwietnia 2014
"Być" - sufiksy osobowe.
W języku tureckim nie istnieje czasownik "być". Zdania typu "Jestem kobietą." albo "Książka jest ładna" tworzymy za pomocą tzw. sufiksów osobowych, które dodajemy na końcu wyrazu. W 3. os. l. poj. sufiks na ogół jest pomijany.
Np.
Bu kitap. To (jest) książka.
Bu ev. To (jest) dom.
W pozostałych osobach dodajemy sufiksy:
l.poj.
1. -im/-yim
2. -sin
3. -dir (na ogół opuszczane)
l.mn.
1. -iz/-yiz
2.-siniz
3.-dirler (lub -ler)
Sufiksy te są 4-postaciowe tzn. mają 4 postaci samogłosek w zależności od ostatniej samogłoski w wyrazie. (poza -ler - 2-postac.).
Np.
Ben kadınım. Jestem kobietą.
Ben öğrenciyim. Jestem uczniem/uczennicą/studentką.
Ben müdürüm. Jestem dyrektorem. itd.
Sen kadınsın. Ty jesteś kobietą.
Sen öğrencisin. Jesteś uczniem/cą.
Sen müdürsün. Jesteś dyrektorem.
O kadın. Ona jest kobietą.
O öğrenci. On/Ona jest uczniem/cą.
O müdür. On/ona jest dyrektorem.
Biz kadınız. My jesteśmy kobietami.
Biz öğrenciyiz. My jesteśmy uczniami/uczennicami.
Biz müdürüz. My jesteśmy dyrektorami.
Siz kadınsınız. Wy jesteście kobietami.
Siz öğrencisiniz. Wy jesteście uczniami.
Siz müdürsünüz. Wy jesteście dyrektorami.
Onlar kadınlar. (lub Onlar kadın.)
itd.
W następnej części: przeczenie i pytanie.
Np.
Bu kitap. To (jest) książka.
Bu ev. To (jest) dom.
W pozostałych osobach dodajemy sufiksy:
l.poj.
1. -im/-yim
2. -sin
3. -dir (na ogół opuszczane)
l.mn.
1. -iz/-yiz
2.-siniz
3.-dirler (lub -ler)
Sufiksy te są 4-postaciowe tzn. mają 4 postaci samogłosek w zależności od ostatniej samogłoski w wyrazie. (poza -ler - 2-postac.).
Np.
Ben kadınım. Jestem kobietą.
Ben öğrenciyim. Jestem uczniem/uczennicą/studentką.
Ben müdürüm. Jestem dyrektorem. itd.
Sen kadınsın. Ty jesteś kobietą.
Sen öğrencisin. Jesteś uczniem/cą.
Sen müdürsün. Jesteś dyrektorem.
O kadın. Ona jest kobietą.
O öğrenci. On/Ona jest uczniem/cą.
O müdür. On/ona jest dyrektorem.
Biz kadınız. My jesteśmy kobietami.
Biz öğrenciyiz. My jesteśmy uczniami/uczennicami.
Biz müdürüz. My jesteśmy dyrektorami.
Siz kadınsınız. Wy jesteście kobietami.
Siz öğrencisiniz. Wy jesteście uczniami.
Siz müdürsünüz. Wy jesteście dyrektorami.
Onlar kadınlar. (lub Onlar kadın.)
itd.
W następnej części: przeczenie i pytanie.
niedziela, 6 kwietnia 2014
Projekt Zmiana
Zmiana dzieje się. Zmiana w środku, to zmiana na zewnątrz. Świadoma zmiana to odpuszczenie tego, co nieaktualne. To pozwolenie odejść czemuś, by móc przyjąć coś nowego. To zdolność do podjęcia decyzji, do rezygnacji z czegoś, do straty. Otwartość na nieznane. To odwaga.
Czasem coś sprawia, że uczepimy się czegoś i trwamy bez zmian tak długo aż będziemy mieć dość. I wtedy są dwa wyjścia. Albo wybieramy trwanie w niezadowalającej nas rzeczywistości, oddalanie się od siebie, okłamywanie się, by przetrwać kolejne dni, wmawianie sobie, że nie jest tak źle, trzeba myśleć pozytywnie, albo może nawet, że cierpienie uszlachetnia, rozwija itd. Albo wybierzemy zmianę.
Ale nie, nie mam na myśli tego, że jeśli wybierzemy to pierwsze, to źle, to znaczy, że jesteśmy słabi, beznadziejni, leniwi i co tam jeszcze. Nie. Czasem potrzebny jest etap przygotowawczy, bo zwyczajnie brakuje odwagi, siły czy motywacji. To też dobrze. To też coś oznacza, na to też jest miejsce. Aby dojrzeć do zmiany, najpierw dobrze jest zaakceptować się w swoim słabszym stanie. Jest jak jest. Nie ma gotowości? To nie musi być. Nic na siłę! Akceptacja swojego stanu bez względu na szczegóły rodzi siłę, która niezbędna jest do zmiany. Zmiana nie może nadejść w pełni, jeśli wcześniej nie pojawi się akceptacja i pewność siebie. Wierzę, że na wszystko jest czas i robienie czegoś na siłę, to szkodzenie sobie, negowanie swoich potrzeb, niewrażliwość na siebie. To miłość do siebie i akceptacja w każdym stanie, może stać się poczatkiem prawdziwej zmiany. We właściwym kierunku, zgodnym ze sobą. Bo strach, jaki istnieje w chwili zmuszania się do czegokolwiek w tym zmiany, sprawia, że głos wewnętrzny milknie. Zostaje zastąpiony wątpliwościami, obawami, pojawia się trudność w podjęciu decyzji. Co może dać podjęcie decyzji na siłę? Decyzję, która nie da radości, która zaprowadzi do fałszywego celu. Decyzja musi być podjęta na spokojnie, bez pośpiechu, bez presji. Jeden etap musi się zakończyć, aby mógł nadejść drugi.
Biorę udział w Projekcie Zmiana. Projekt Zmiana polega na pisaniu z drugą, dobraną według podobieństwa celu osobą bloga. Co drugi dzień odpowiadamy na pytania coachingowe, jakie zostały ustalone na początku projektu. Ustalamy sobie cel i do niego dążymy. Na blogu zdajemy relację z naszych postępów. Nie ma presji, nie ma stresu. Jest termin, ale tylko po to, aby łatwiej było trzymać sie planu. Termin jest elastyczny, bo nie chodzi o to, by robić coś na siłę, ale o to, aby dla siebie zrobić to, co pragniemy i na co jesteśmy gotowe. W trakcie projektu wiele może się zmienić. Możemy odnaleźć siebie na nowo, możemy dojść do wniosku, że czego innego w życiu szukamy, że jesteśmy kimś innym niż się nam wydawało. Celem jest zmiana, przemiana na lepsze. Celem nie jest trzymanie się na siłę wyznaczonego celu, realizowanie go bez względu na wszystko. Celem jest realizacja siebie.
Niech się dzieje!!!
Czasem coś sprawia, że uczepimy się czegoś i trwamy bez zmian tak długo aż będziemy mieć dość. I wtedy są dwa wyjścia. Albo wybieramy trwanie w niezadowalającej nas rzeczywistości, oddalanie się od siebie, okłamywanie się, by przetrwać kolejne dni, wmawianie sobie, że nie jest tak źle, trzeba myśleć pozytywnie, albo może nawet, że cierpienie uszlachetnia, rozwija itd. Albo wybierzemy zmianę.
Ale nie, nie mam na myśli tego, że jeśli wybierzemy to pierwsze, to źle, to znaczy, że jesteśmy słabi, beznadziejni, leniwi i co tam jeszcze. Nie. Czasem potrzebny jest etap przygotowawczy, bo zwyczajnie brakuje odwagi, siły czy motywacji. To też dobrze. To też coś oznacza, na to też jest miejsce. Aby dojrzeć do zmiany, najpierw dobrze jest zaakceptować się w swoim słabszym stanie. Jest jak jest. Nie ma gotowości? To nie musi być. Nic na siłę! Akceptacja swojego stanu bez względu na szczegóły rodzi siłę, która niezbędna jest do zmiany. Zmiana nie może nadejść w pełni, jeśli wcześniej nie pojawi się akceptacja i pewność siebie. Wierzę, że na wszystko jest czas i robienie czegoś na siłę, to szkodzenie sobie, negowanie swoich potrzeb, niewrażliwość na siebie. To miłość do siebie i akceptacja w każdym stanie, może stać się poczatkiem prawdziwej zmiany. We właściwym kierunku, zgodnym ze sobą. Bo strach, jaki istnieje w chwili zmuszania się do czegokolwiek w tym zmiany, sprawia, że głos wewnętrzny milknie. Zostaje zastąpiony wątpliwościami, obawami, pojawia się trudność w podjęciu decyzji. Co może dać podjęcie decyzji na siłę? Decyzję, która nie da radości, która zaprowadzi do fałszywego celu. Decyzja musi być podjęta na spokojnie, bez pośpiechu, bez presji. Jeden etap musi się zakończyć, aby mógł nadejść drugi.
Biorę udział w Projekcie Zmiana. Projekt Zmiana polega na pisaniu z drugą, dobraną według podobieństwa celu osobą bloga. Co drugi dzień odpowiadamy na pytania coachingowe, jakie zostały ustalone na początku projektu. Ustalamy sobie cel i do niego dążymy. Na blogu zdajemy relację z naszych postępów. Nie ma presji, nie ma stresu. Jest termin, ale tylko po to, aby łatwiej było trzymać sie planu. Termin jest elastyczny, bo nie chodzi o to, by robić coś na siłę, ale o to, aby dla siebie zrobić to, co pragniemy i na co jesteśmy gotowe. W trakcie projektu wiele może się zmienić. Możemy odnaleźć siebie na nowo, możemy dojść do wniosku, że czego innego w życiu szukamy, że jesteśmy kimś innym niż się nam wydawało. Celem jest zmiana, przemiana na lepsze. Celem nie jest trzymanie się na siłę wyznaczonego celu, realizowanie go bez względu na wszystko. Celem jest realizacja siebie.
Niech się dzieje!!!
środa, 12 lutego 2014
Türk çayı czyli herbata turecka
Piłam wczoraj pyszną herbatę - Sencha z żen szeniem i pomarańczą! Tak mi się miło piło, że natchnęło mnie do tureckiej mini lekcji o herbacie.
W języku tureckim herbata to çay, a słówko to pochodzi z języka chińskiego. W Turcji uprawia się herbatę w regionie czarnomorskim, od granicy z Gruzją do Fatsa czyli w płn.-wschodniej części kraju.
Czarna herbata pita w tradycyjnych szklaneczkach jest w Turcji bardzo popularnym napojem. Pija się ją zazwyczaj mocno posłodzoną, w małych szklaneczkach o charakterystycznym kształcie. Herbata jest sposobem na okazanie gościnności. Można zostać nią poczęstowanym zupełnie bezinteresownie w każdym niemalże miejscu od stoiska na bazarze poczynając, a na komisariacie policji kończąc. Jest to sposób na nawiązanie znajomości, okazanie serdeczności, czy też nieraz zatrzymanie kogoś w jakimś celu, np. na bazarze w celu zainteresowania go oferowanym towarem. Herbata łagodzi też atmosferę, stwarza klimat przyjazny i sprzyjający pozytywnym rozwiązaniom. Do parzenia herbaty tureckiej służy 2 częsciowy czajnik, w którym przygotowuje się jednocześnie esencję, w górnej, mniejszej części oraz wrzątek w części dolnej. Gdy herbata jest już gotowa, nalewa się ją do małych szklaneczek, najpierw esencję, potem wrzątek do pełna. Herbata powinna być gorąca.
Najpowszechniejsza w Turcji jest herbata czarna. To ona jest tradycyjnym napojem. Inne odmiany takie jak herbata zielona czy biała nie są tak powszechne.
A więc jaka może być herbata?
siyah çay - herbata czarna
yeşil çay - herbata zielona
beyaz çay - herbata biała
bitki çayı - herbata ziołowa
meyve çayı - herbata owocowa
aromalı çay - herbata aromatyzowana
kuşburnu - dzika róża
papatya çayı - rumianek
ada çayı - szałwia
ıhlamur çayı - lipa
sıcak çay - gorąca herbata
soğuk çay - zimna herbata
buzlu çay - herbata mrożona
açık çay - słaba herbata
demli çay - mocna herbata
şekerli çay - słodka herbata (posłodzona)
şekersiz çay - gorzka herbata (niesłodzona)
Türk çayı - turecka herbata
Çin çayı - chińska herbata
Hint çayı - indyjska herbata
Oraz to, co niezbędne, by napić się herbaty:
bardak - szklanka
çay bardağı - szklanka do herbaty
çay kaşığı - łyżeczka do herbaty (mniejsza niż w Polsce)
çaydanlık - czajnik
şeker - cukier (gdy ktoś lubi )
toz şeker - cukier sypki
kesme şeker - cukier w kostkach
su - woda
Gdy pijemy herbatę, po turecku życzymy sobie "afiyet olsun" czyli smacznego!
W języku tureckim herbata to çay, a słówko to pochodzi z języka chińskiego. W Turcji uprawia się herbatę w regionie czarnomorskim, od granicy z Gruzją do Fatsa czyli w płn.-wschodniej części kraju.
Czarna herbata pita w tradycyjnych szklaneczkach jest w Turcji bardzo popularnym napojem. Pija się ją zazwyczaj mocno posłodzoną, w małych szklaneczkach o charakterystycznym kształcie. Herbata jest sposobem na okazanie gościnności. Można zostać nią poczęstowanym zupełnie bezinteresownie w każdym niemalże miejscu od stoiska na bazarze poczynając, a na komisariacie policji kończąc. Jest to sposób na nawiązanie znajomości, okazanie serdeczności, czy też nieraz zatrzymanie kogoś w jakimś celu, np. na bazarze w celu zainteresowania go oferowanym towarem. Herbata łagodzi też atmosferę, stwarza klimat przyjazny i sprzyjający pozytywnym rozwiązaniom. Do parzenia herbaty tureckiej służy 2 częsciowy czajnik, w którym przygotowuje się jednocześnie esencję, w górnej, mniejszej części oraz wrzątek w części dolnej. Gdy herbata jest już gotowa, nalewa się ją do małych szklaneczek, najpierw esencję, potem wrzątek do pełna. Herbata powinna być gorąca.
A więc jaka może być herbata?
siyah çay - herbata czarna
yeşil çay - herbata zielona
beyaz çay - herbata biała
bitki çayı - herbata ziołowa
meyve çayı - herbata owocowa
aromalı çay - herbata aromatyzowana
kuşburnu - dzika róża
papatya çayı - rumianek
ada çayı - szałwia
ıhlamur çayı - lipa
sıcak çay - gorąca herbata
soğuk çay - zimna herbata
buzlu çay - herbata mrożona
açık çay - słaba herbata
demli çay - mocna herbata
şekerli çay - słodka herbata (posłodzona)
şekersiz çay - gorzka herbata (niesłodzona)
Türk çayı - turecka herbata
Çin çayı - chińska herbata
Hint çayı - indyjska herbata
Oraz to, co niezbędne, by napić się herbaty:
bardak - szklanka
çay bardağı - szklanka do herbaty
çay kaşığı - łyżeczka do herbaty (mniejsza niż w Polsce)
çaydanlık - czajnik
şeker - cukier (gdy ktoś lubi )
toz şeker - cukier sypki
kesme şeker - cukier w kostkach
su - woda
Gdy pijemy herbatę, po turecku życzymy sobie "afiyet olsun" czyli smacznego!
poniedziałek, 13 stycznia 2014
Mutlu Yıllar!
Dawno nie pisałam nic o języku tureckim i zamierzam to nadrobić. Od tej pory będę pisać częściej, ale krótko. Tak aby jednorazowo nie zanudzić, a by każdy, kto to przeczyta wyniósł coś dla siebie. Po kilka słów, jeden zwrot, no może czasem jakies zagadnienie gramatyczne. Jednak w formie luźnej. Myślę, że tak będzie ciekawiej i co ważne regularniej ;)
A więc na początek, z racji Nowego Roku jaki nadszedł życzę wszystkim:
Mutlu Yıllar!
Iyi seneler!!!
oraz
Yeni yılınız kutlu olsun!!!
Wszystkie te trzy zwroty, to życzenia z okazji Nowego Roku. A po rozłożeniu na części wygląda to tak:
mutlu - szczęśliwy
yıl - rok
sene - rok
-lar/-ler - liczba mnoga
yeni - nowy
yılınız - wasz rok
kutlu olsun - niech będzie szczęśliwy
A więc na początek, z racji Nowego Roku jaki nadszedł życzę wszystkim:
Mutlu Yıllar!
Iyi seneler!!!
oraz
Yeni yılınız kutlu olsun!!!
Wszystkie te trzy zwroty, to życzenia z okazji Nowego Roku. A po rozłożeniu na części wygląda to tak:
mutlu - szczęśliwy
yıl - rok
sene - rok
-lar/-ler - liczba mnoga
yeni - nowy
yılınız - wasz rok
kutlu olsun - niech będzie szczęśliwy
piątek, 10 stycznia 2014
Miałam dzisiaj niezwykle ważny sen. Zbudziłam się w środku nocy i zapisałam go po ciemku. Miał dużo treści, dużo znaczenia. Coś w środku mnie oczyścił. Dzisiaj czuję się "inna".
Teraz nie mam nic do zrobienia, więc wychodzę na spacer, po inspiracje! Mam ochotę na spacer i na to by szukać czegoś we wszystkim. Ciekawe co dziś znajdę?
Teraz nie mam nic do zrobienia, więc wychodzę na spacer, po inspiracje! Mam ochotę na spacer i na to by szukać czegoś we wszystkim. Ciekawe co dziś znajdę?
wtorek, 7 stycznia 2014
piątek, 27 grudnia 2013
Akceptacja
Zmęczona oczekiwaniami wobec siebie, napięciem jakie wywołują, postanowiłam napisać tu oto, w miejscu gdzie z założenia miało nie być żadnych negatywnych słów, w zgodzie z tym co czuję teraz. Prawdziwie i naturalnie. Nie żeby się zmotywować, nie żeby na siłę wprawić się w radośniejszy nastrój niż mam, nie żeby się zmusić do działania, nie żeby cokolwiek przyspieszyć czy przekonać siebie o czymkolwiek. Po prostu by wyrazić. Zmiany są dobre. W końcu mówię to z przekonaniem, nie żeby się przekonać. Zmiana celu też jest dobra. Nie oznacza poddania się, zwatpienia, utraty nadziei czy rezygnacji. Oznacza elastyczność i otwartość na to co niesie życie. Nie warto trzymać się sztywnych szablonów, nawet jeśli są własnymi marzeniami. Marzenia też się zmieniają i to też jest dobre. Zmieniają sie przekonania. Zmienia się człowiek. Uparte trzymanie się jakiejś wizji to niewola. Z czasem rodzi strach przed zmianą. Rodzi myśli, że przecież muszę wytrwać, nie mogę się poddać, nie mogę być słaba. A pod tym wszystkim leży wstyd, lęk przed urażeniem swojej dumy, przed przyznaniem się do "błędu". Bo przecież skoro się zmieniam to znaczy, że wcześniej musiałam być w błędzie, tak? Obiecałam coś sobie lub komuś i nie spełniłam oczekiwań. Wstyd. Rodzą się przeróżne wyjaśnienia, sposoby uratowania własnej twarzy, dorabia się teoria do zwykłych spraw. A przecież wszystko jest dobre. Wszystko płynie dokądś. Nie trzeba nawet wiosłować. Wystarczy podziwiać widoki, dopasować się do nurtu, zaakceptować siebie i płynąć w poczuciu błogości. Teraz tak myślę. Czy to też jest dorabianie teorii? Tłumaczenie się z czegoś, za co czuję się winna?
Wszystko możliwe. Ale zmierzam w kierunku akceptacji. Chodzi o akceptację i stworzenie sytuacji, w której wszystko będzie wynikało samo z siebie. Dopasowanie się do rytmu, życie w zgodzie z własną naturą.
Wszystko możliwe. Ale zmierzam w kierunku akceptacji. Chodzi o akceptację i stworzenie sytuacji, w której wszystko będzie wynikało samo z siebie. Dopasowanie się do rytmu, życie w zgodzie z własną naturą.
czwartek, 14 listopada 2013
Zamknęłam oczy. Zatańczyłam. Zrozumiałam.
Że przecież... jestem Wolna! Że jestem Wolna, bo mogę decydować. Mogę tworzyć co chcę i jak chcę. Mogę zrobić z moim życiem, co zechcę... A jeśli nie robię? To oznacza, że nie chcę na tyle, by zrobić. Po prostu. Znaczy to, że coś sprawia, że moja wola jest niewystarczająca, by zrobić to, co mi sie wydaje, że chcę. Jakieś sprzeczności się pojawiają, coś kłóci się z czymś i nie pozwala zrobić kroku. To ja wybieram, że widzę tylko swoją rzekomo podjętą decyzję, bo tak mi łatwiej znieść rzeczywistość. Wiedząc, że ja chcę, jestem zdecydowana, wybrałam, dążę do celu, robię wszystko, co w mojej mocy. To ja wybieram nie widzieć tego, co kryje się z drugiej strony, tego, że z jakiegoś powodu sama blokuję działanie. Nie chcę tego widzieć, to oczywiste, bo poczułabym się z tym źle. Wiedząc, że to na mnie ciąży odpowiedzialność za dotychczasowy brak rezultatów. Łatwiej jest wierzyć, że się czegoś pragnie całą duszą, a jedynie "okoliczności" sprawiają, że jeszcze się to nie udało i gdy okoliczności te się zmienią, wszystko ułoży się zgodnie z moją wolą. Jednak tak długo jak "moja wola" jest sprzeczna, tak długo "okoliczności" będą sprawiać, że ostatecznej decyzji nie podejmę, a celu nie osiągnę. Żeby osiągnąć cel, muszę pozbyć się wewnętrznych watpliwości, wewnętrznej niepewności, poczuć w pełni, że tego właśnie chcę.
Jeśli sprzeczność istnieje, to co mogę z nią zrobić?
Już fakt uświadomienia sobie tego, to dużo. Już wiem, że to ja sama sobie nie pozwalam na zrobienie tego, czego rzekomo pragnę. Może nie dojrzałam do decyzji? Może coś jeszcze musi się wydarzyć? Może jeszcze brakuje mi świadomości, aby mogło się udać? To ja decyduję, ale decyzja musi być w harmonii ze mną. Musi ze mnie wypływać swobodnie, a nie zostać wyduszona na siłę. Musi być zgoda między sercem i umysłem.
Sprzeczność zniknie, gdy dotrę do siebie, swojego sedna, gdy poznam swoje cechy, te dobre i te mniej pożądane. Gdy je ujrzę i zaakceptuję. Wtedy to, co wypieram ze świadomości, stanie się bezpiecznie ugruntowane i nie będzie już potrzeby szukać ucieczki od odpowiedzialności. Nie będzie już potrzeby oszukiwania się. Wtedy wybór stanie się oczywisty. Bo znać siebie, to wiedzieć czego się chce. Wtedy można odważnie iść do przodu.
niedziela, 20 października 2013
Przełom, oferta i pytanie
Dawno nic tu nie pisałam. Pisałam co innego. Pracę magisterską. Praca skończona. Za tydzień obrona. Dłuuugo wyczekiwany moment. Nie przyznam się ile wyczekiwany, bo nie wypada. I moment ten to przełom - tak sobie wymyśliłam i ustaliłam. Symboliczna chwila, po której mają nastąpić wszelkie możliwe zmiany. Dotąd był zastój. Przeplatany różnymi aktywnościami o charakterze tymczasowym. Nie żeby działać czy iść do przodu, tylko tak o, by się wydawało mi, że nie tracę czasu. Bo nie traciłam. W końcu w życiu wiele różnych spraw jest ważnych. Czasem kolejność taka, a nie inna się aż prosi. Czasem kolejność jest ważna dla powodzenia planu. W moim przypadku tak było. Niektóre sprawy bardziej konkretne inne gdzieś tam majaczą na horyzoncie. Jedne w zasięgu ręki, inne nieco dalej, jednak nie nieosiagalne. Bo wszystko jest osiągalne, o ile się w to wierzy i o ile jest to w zgodzie z wnętrzem.
Jedna z pierwszych spraw. Chciałabym zaprosić osoby zainteresowane na lekcje języka tureckiego.
Program dostosowuję do życzeń i potrzeb ucznia. Jedni potrzebują teorii, by lepiej móc zrozumieć chociażby gramatykę. Inni wolą praktykę. Korzystam z własnych materiałów, jednak otwarta jestem na wszelkie propozycje. Jeśli posiadasz własną książkę, z której chcesz się uczyć, jest to oczywiście możliwe.
To co ważne w nauce języka to pasja. Gdy w naukę zaangażowane są emocje, wszystko łatwiej się zapamiętuje. Gdy lekcja jest przyjemnością, z chęcią się uczy i jednocześnie szybciej przyswaja wiedzę. Dlatego też staram się swoje lekcje przeplatać opowieściami z własnych doświadczeń, oczywiście związanymi z tematem;) Gdzie dane słówko jest częściej używane? A jakie nieporozumienia mogą wyniknać z błędnego go użycia? A jak wymawiane jest w różnych rejonach Turcji? I jakie w ogóle w Turcji istnieją gwary? Tego typu informacje można znaleźć u mnie na lekcji, poza tradycyjną nauką. Dzięki temu jest miło i wesoło. A wiedza sama wchodzi do głowy.
Turecki jest językiem łatwym. Podobno jednym z łatwiejszych. Jest logiczny i posiada niewiele wyjątków. Na pierwszy rzut ucha może wydawać się nieosiągalny, jednak tak nie jest. Przekonać można się o tym już po kilku lekcjach. Gdy opanujemy tzw. podstawy czyli przede wszystkim zasady rządzące tym językiem, wszystko inne już z górki. Jedna zasada według, której tworzymy wiele wiele form. Logika odmienna od tej obecnej w językach europejskich, jednak bardzo logiczna. Jak w matematyce (choć matematyki akurat nigdy nie lubiłam).
Jak wiele zależy od sposobu przekazania wiedzy nie trudno się domyślić. Szklanka może być do połowy pełna lub pusta. Coś może mieć aaaaaż tyle trudnych do pojęcia czasów, wyjątków i Bóg wie czego jeszcze, a coś może być po prostu przyjemnym dla ucha językiem, którego nauka to zabawa. To zależy od nastawienia nauczyciela. Gdy nauczyciel wierzy, że język jest prosty, uczeń również uwierzy i szybko go pojmie. Ja wierzę, że turecki jest prosty, bo nauczyłam się go ze słuchu. Słuchałam i zaczynałam rozumieć. Tak jak dziecko uczy się języka od matki. Do gramatyki doszłam dopiero, gdy już umiałam swobodnie się porozumiewać. Nie musiałam, a chciałam. To ważne. By chcieć na każdym etapie nauki. By się nie zniechęcać, nie poddawać, nie wątpić w swoją pasję, nie myśleć w stylu "a do czego w ogóle to mi sie przyda?" Chcemy się nauczyć i dlatego się uczymy! Etap przymusowej edukacji mamy dawno za sobą!
Druga sprawa dotyczy wydania książki. Otóż chciałabym, aby moja praca magisterska stała się książką. Pisałam ją i pisałam i za każdym razem, gdy coś mówiło dość, wystarczy, odpuść sobie, motywowałam się właśnie tym pomysłem: muszę wydać pracę jako książkę! I dlatego muszę ją ukończyć i obronić. I tutaj moje pytanie. Być może ktoś wie, zna się na tym, czy może sam wydał już książkę i mógłby doradzić jak najlepiej to zrobić? Wszelkie informacje mile widziane.
Adres do kontaktu: cafehurriya@yahoo.com
Zapraszam :)
Jedna z pierwszych spraw. Chciałabym zaprosić osoby zainteresowane na lekcje języka tureckiego.
Program dostosowuję do życzeń i potrzeb ucznia. Jedni potrzebują teorii, by lepiej móc zrozumieć chociażby gramatykę. Inni wolą praktykę. Korzystam z własnych materiałów, jednak otwarta jestem na wszelkie propozycje. Jeśli posiadasz własną książkę, z której chcesz się uczyć, jest to oczywiście możliwe.
To co ważne w nauce języka to pasja. Gdy w naukę zaangażowane są emocje, wszystko łatwiej się zapamiętuje. Gdy lekcja jest przyjemnością, z chęcią się uczy i jednocześnie szybciej przyswaja wiedzę. Dlatego też staram się swoje lekcje przeplatać opowieściami z własnych doświadczeń, oczywiście związanymi z tematem;) Gdzie dane słówko jest częściej używane? A jakie nieporozumienia mogą wyniknać z błędnego go użycia? A jak wymawiane jest w różnych rejonach Turcji? I jakie w ogóle w Turcji istnieją gwary? Tego typu informacje można znaleźć u mnie na lekcji, poza tradycyjną nauką. Dzięki temu jest miło i wesoło. A wiedza sama wchodzi do głowy.
Turecki jest językiem łatwym. Podobno jednym z łatwiejszych. Jest logiczny i posiada niewiele wyjątków. Na pierwszy rzut ucha może wydawać się nieosiągalny, jednak tak nie jest. Przekonać można się o tym już po kilku lekcjach. Gdy opanujemy tzw. podstawy czyli przede wszystkim zasady rządzące tym językiem, wszystko inne już z górki. Jedna zasada według, której tworzymy wiele wiele form. Logika odmienna od tej obecnej w językach europejskich, jednak bardzo logiczna. Jak w matematyce (choć matematyki akurat nigdy nie lubiłam).
Jak wiele zależy od sposobu przekazania wiedzy nie trudno się domyślić. Szklanka może być do połowy pełna lub pusta. Coś może mieć aaaaaż tyle trudnych do pojęcia czasów, wyjątków i Bóg wie czego jeszcze, a coś może być po prostu przyjemnym dla ucha językiem, którego nauka to zabawa. To zależy od nastawienia nauczyciela. Gdy nauczyciel wierzy, że język jest prosty, uczeń również uwierzy i szybko go pojmie. Ja wierzę, że turecki jest prosty, bo nauczyłam się go ze słuchu. Słuchałam i zaczynałam rozumieć. Tak jak dziecko uczy się języka od matki. Do gramatyki doszłam dopiero, gdy już umiałam swobodnie się porozumiewać. Nie musiałam, a chciałam. To ważne. By chcieć na każdym etapie nauki. By się nie zniechęcać, nie poddawać, nie wątpić w swoją pasję, nie myśleć w stylu "a do czego w ogóle to mi sie przyda?" Chcemy się nauczyć i dlatego się uczymy! Etap przymusowej edukacji mamy dawno za sobą!
Druga sprawa dotyczy wydania książki. Otóż chciałabym, aby moja praca magisterska stała się książką. Pisałam ją i pisałam i za każdym razem, gdy coś mówiło dość, wystarczy, odpuść sobie, motywowałam się właśnie tym pomysłem: muszę wydać pracę jako książkę! I dlatego muszę ją ukończyć i obronić. I tutaj moje pytanie. Być może ktoś wie, zna się na tym, czy może sam wydał już książkę i mógłby doradzić jak najlepiej to zrobić? Wszelkie informacje mile widziane.
Adres do kontaktu: cafehurriya@yahoo.com
Zapraszam :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

