środa, 12 lutego 2014

Türk çayı czyli herbata turecka

Piłam wczoraj pyszną herbatę - Sencha z żen szeniem i pomarańczą! Tak mi się miło piło, że natchnęło mnie do tureckiej mini lekcji o herbacie.

W języku tureckim herbata to çay, a słówko to pochodzi z języka chińskiego. W Turcji uprawia się herbatę w regionie czarnomorskim, od granicy z Gruzją do Fatsa czyli w płn.-wschodniej części kraju.

Czarna herbata pita w tradycyjnych szklaneczkach jest w Turcji bardzo popularnym napojem. Pija się ją zazwyczaj mocno posłodzoną, w małych szklaneczkach o charakterystycznym kształcie. Herbata jest sposobem na okazanie gościnności. Można zostać nią poczęstowanym zupełnie bezinteresownie w każdym niemalże miejscu od stoiska na bazarze poczynając, a na komisariacie policji kończąc.  Jest to sposób na nawiązanie znajomości, okazanie serdeczności, czy też nieraz zatrzymanie kogoś w jakimś celu, np. na bazarze w celu zainteresowania go oferowanym towarem. Herbata łagodzi też atmosferę, stwarza klimat przyjazny i sprzyjający pozytywnym rozwiązaniom. Do parzenia herbaty tureckiej służy 2 częsciowy czajnik, w którym przygotowuje się jednocześnie esencję, w górnej, mniejszej części oraz wrzątek w części dolnej. Gdy herbata jest już gotowa, nalewa się ją do małych szklaneczek, najpierw esencję, potem wrzątek do pełna. Herbata powinna być gorąca.


Najpowszechniejsza w Turcji jest herbata czarna. To ona jest tradycyjnym napojem. Inne odmiany takie jak herbata zielona czy biała nie są tak powszechne.

A więc jaka może być herbata?

siyah çay - herbata czarna
yeşil çay - herbata zielona
beyaz çay - herbata biała
bitki çayı - herbata ziołowa
meyve çayı - herbata owocowa
aromalı çay - herbata aromatyzowana
kuşburnu - dzika róża
papatya çayı - rumianek
ada çayı - szałwia
ıhlamur çayı - lipa
sıcak çay - gorąca herbata
soğuk çay - zimna herbata
buzlu çay - herbata mrożona
açık çay - słaba herbata
demli çay - mocna herbata
şekerli çay - słodka herbata (posłodzona)
şekersiz çay - gorzka herbata (niesłodzona)
Türk çayı - turecka herbata
Çin çayı - chińska herbata
Hint çayı - indyjska herbata

Oraz to, co niezbędne, by napić się herbaty:

bardak - szklanka
çay bardağı - szklanka do herbaty
çay kaşığı - łyżeczka do herbaty (mniejsza niż w Polsce)
çaydanlık - czajnik
şeker - cukier (gdy ktoś lubi )
toz şeker - cukier sypki
kesme şeker - cukier w kostkach
su - woda

Gdy pijemy herbatę, po turecku życzymy sobie "afiyet olsun" czyli smacznego!



poniedziałek, 13 stycznia 2014

Mutlu Yıllar!

Dawno nie pisałam nic o języku tureckim i zamierzam to nadrobić. Od tej pory będę pisać częściej, ale krótko. Tak aby jednorazowo nie zanudzić, a by każdy, kto to przeczyta wyniósł coś dla siebie. Po kilka słów, jeden zwrot, no może czasem jakies zagadnienie gramatyczne. Jednak w formie luźnej. Myślę, że tak będzie ciekawiej i co ważne regularniej ;)
A więc na początek, z racji Nowego Roku jaki nadszedł życzę wszystkim:

Mutlu Yıllar!

Iyi seneler!!!

oraz

Yeni yılınız kutlu olsun!!!

Wszystkie te trzy zwroty, to życzenia z okazji Nowego Roku. A po rozłożeniu na części wygląda to tak:

mutlu - szczęśliwy
 yıl - rok
sene - rok
-lar/-ler - liczba mnoga
yeni - nowy
 yılınız  - wasz rok

kutlu olsun - niech będzie szczęśliwy



piątek, 10 stycznia 2014

Miałam dzisiaj niezwykle ważny sen. Zbudziłam się w środku nocy i zapisałam go po ciemku. Miał dużo treści, dużo znaczenia. Coś w środku mnie oczyścił. Dzisiaj czuję się "inna".
Teraz nie mam nic do zrobienia, więc wychodzę na spacer, po inspiracje! Mam ochotę na spacer i na to by szukać czegoś we wszystkim. Ciekawe co dziś znajdę?

piątek, 27 grudnia 2013

Akceptacja

Zmęczona oczekiwaniami wobec siebie, napięciem jakie wywołują, postanowiłam napisać tu oto, w miejscu gdzie z założenia miało nie być żadnych negatywnych słów, w zgodzie z tym co czuję teraz. Prawdziwie i naturalnie. Nie żeby się zmotywować, nie żeby na siłę wprawić się w radośniejszy nastrój niż mam, nie żeby się zmusić do działania, nie żeby cokolwiek przyspieszyć czy przekonać siebie o czymkolwiek. Po prostu by wyrazić. Zmiany są dobre. W końcu mówię to z przekonaniem, nie żeby się przekonać. Zmiana celu też jest dobra. Nie oznacza poddania się, zwatpienia, utraty nadziei czy rezygnacji. Oznacza elastyczność i otwartość na to co niesie życie. Nie warto trzymać się sztywnych szablonów, nawet jeśli są własnymi marzeniami. Marzenia też się zmieniają i to też jest dobre. Zmieniają sie przekonania. Zmienia się człowiek. Uparte trzymanie się jakiejś wizji to niewola. Z czasem rodzi strach przed zmianą. Rodzi myśli, że przecież muszę wytrwać, nie mogę się poddać, nie mogę być słaba. A pod tym wszystkim leży wstyd, lęk przed urażeniem swojej dumy, przed przyznaniem się do "błędu". Bo przecież skoro się zmieniam to znaczy, że wcześniej musiałam być w błędzie, tak? Obiecałam coś sobie lub komuś i nie spełniłam oczekiwań. Wstyd. Rodzą się przeróżne wyjaśnienia, sposoby uratowania własnej twarzy, dorabia się teoria do zwykłych spraw. A przecież wszystko jest dobre. Wszystko płynie dokądś. Nie trzeba nawet wiosłować. Wystarczy podziwiać widoki, dopasować się do nurtu, zaakceptować siebie i płynąć w poczuciu błogości. Teraz tak myślę. Czy to też jest dorabianie teorii? Tłumaczenie się z czegoś, za co czuję się winna?
Wszystko możliwe. Ale zmierzam w kierunku akceptacji. Chodzi o akceptację i stworzenie sytuacji, w której wszystko będzie wynikało samo z siebie. Dopasowanie się do rytmu, życie w zgodzie z własną naturą.

czwartek, 14 listopada 2013

Zamknęłam oczy. Zatańczyłam. Zrozumiałam.
Że przecież... jestem Wolna! Że jestem Wolna, bo mogę decydować. Mogę tworzyć co chcę i jak chcę. Mogę zrobić z moim życiem, co zechcę... A jeśli nie robię? To oznacza, że nie chcę na tyle, by zrobić. Po prostu. Znaczy to, że coś sprawia, że moja wola jest niewystarczająca, by zrobić to, co mi sie wydaje, że chcę. Jakieś sprzeczności się pojawiają, coś kłóci się z czymś i nie pozwala zrobić kroku. To ja wybieram, że widzę tylko swoją rzekomo podjętą decyzję, bo tak mi łatwiej znieść rzeczywistość. Wiedząc, że ja chcę, jestem zdecydowana, wybrałam, dążę do celu, robię wszystko, co w mojej mocy. To ja wybieram nie widzieć tego, co kryje się z drugiej strony, tego, że z jakiegoś powodu sama blokuję działanie. Nie chcę tego widzieć, to oczywiste, bo poczułabym się z tym źle. Wiedząc, że to na mnie ciąży odpowiedzialność za dotychczasowy brak rezultatów. Łatwiej jest wierzyć, że się czegoś pragnie całą duszą, a jedynie "okoliczności" sprawiają, że jeszcze się to nie udało i gdy okoliczności te się zmienią, wszystko ułoży się zgodnie z moją wolą. Jednak tak długo jak "moja wola" jest sprzeczna, tak długo "okoliczności" będą sprawiać, że ostatecznej decyzji nie podejmę, a celu nie osiągnę. Żeby osiągnąć cel, muszę pozbyć się wewnętrznych watpliwości, wewnętrznej niepewności, poczuć w pełni, że tego właśnie chcę. 
Jeśli sprzeczność istnieje, to co mogę z nią zrobić? 
Już fakt uświadomienia sobie tego, to dużo. Już wiem, że to ja sama sobie nie pozwalam na zrobienie tego, czego rzekomo pragnę. Może nie dojrzałam do decyzji? Może coś jeszcze musi się wydarzyć? Może jeszcze brakuje mi świadomości, aby mogło się udać? To ja decyduję, ale decyzja musi być w harmonii ze mną. Musi ze mnie wypływać swobodnie, a nie zostać wyduszona na siłę. Musi być zgoda między sercem i umysłem. 
Sprzeczność zniknie, gdy dotrę do siebie, swojego sedna, gdy poznam swoje cechy, te dobre i te mniej pożądane. Gdy je ujrzę i zaakceptuję. Wtedy to, co wypieram ze świadomości, stanie się bezpiecznie ugruntowane i nie będzie już potrzeby szukać ucieczki od odpowiedzialności. Nie będzie już potrzeby oszukiwania się. Wtedy wybór stanie się oczywisty. Bo znać siebie, to wiedzieć czego się chce. Wtedy można odważnie iść do przodu. 


niedziela, 20 października 2013

Przełom, oferta i pytanie

Dawno nic tu nie pisałam. Pisałam co innego. Pracę magisterską. Praca skończona. Za tydzień obrona. Dłuuugo wyczekiwany moment. Nie przyznam się ile wyczekiwany, bo nie wypada. I moment ten to przełom - tak sobie wymyśliłam i ustaliłam. Symboliczna chwila, po której mają nastąpić wszelkie możliwe zmiany. Dotąd był zastój. Przeplatany różnymi aktywnościami o charakterze tymczasowym. Nie żeby działać czy iść do przodu, tylko tak o, by się wydawało mi, że nie tracę czasu. Bo nie traciłam. W końcu w życiu wiele różnych spraw jest ważnych. Czasem kolejność taka, a nie inna się aż prosi. Czasem kolejność jest ważna dla powodzenia planu. W moim przypadku tak było. Niektóre sprawy bardziej konkretne inne gdzieś tam majaczą na horyzoncie. Jedne w zasięgu ręki, inne nieco dalej, jednak nie nieosiagalne. Bo wszystko jest osiągalne, o ile się w to wierzy i o ile jest to w zgodzie z wnętrzem.

Jedna z pierwszych spraw. Chciałabym zaprosić osoby zainteresowane na lekcje języka tureckiego.
 Program dostosowuję do życzeń i potrzeb ucznia. Jedni potrzebują teorii, by lepiej móc zrozumieć chociażby gramatykę. Inni wolą praktykę. Korzystam z własnych materiałów, jednak otwarta jestem na wszelkie propozycje. Jeśli posiadasz własną książkę, z której chcesz się uczyć, jest to oczywiście możliwe.

To co ważne w nauce języka to pasja. Gdy w naukę zaangażowane są emocje, wszystko łatwiej się zapamiętuje. Gdy lekcja jest przyjemnością, z chęcią się uczy i jednocześnie szybciej przyswaja wiedzę. Dlatego też staram się swoje lekcje przeplatać opowieściami z własnych doświadczeń, oczywiście związanymi z tematem;) Gdzie dane słówko jest częściej używane? A jakie nieporozumienia mogą wyniknać z błędnego go użycia? A jak wymawiane jest w różnych rejonach Turcji? I jakie w ogóle w Turcji istnieją gwary? Tego typu informacje można znaleźć u mnie na lekcji, poza tradycyjną nauką. Dzięki temu jest miło i wesoło. A wiedza sama wchodzi do głowy.
Turecki jest językiem łatwym. Podobno jednym z łatwiejszych. Jest logiczny i posiada niewiele wyjątków. Na pierwszy rzut ucha może wydawać się nieosiągalny, jednak tak nie jest. Przekonać można się o tym już po kilku lekcjach. Gdy opanujemy tzw. podstawy czyli przede wszystkim zasady rządzące tym językiem, wszystko inne już z górki. Jedna zasada według, której tworzymy wiele wiele form. Logika odmienna od tej obecnej w językach europejskich, jednak bardzo logiczna. Jak w matematyce (choć matematyki akurat nigdy nie lubiłam).
Jak wiele zależy od sposobu przekazania wiedzy nie trudno się domyślić. Szklanka może być do połowy pełna lub pusta. Coś może mieć aaaaaż tyle trudnych do pojęcia czasów, wyjątków i Bóg wie czego jeszcze, a coś może być po prostu przyjemnym dla ucha językiem, którego nauka to zabawa. To zależy od nastawienia nauczyciela. Gdy nauczyciel wierzy, że język jest prosty, uczeń również uwierzy i szybko go pojmie. Ja wierzę, że turecki jest prosty, bo nauczyłam się go ze słuchu. Słuchałam i zaczynałam rozumieć. Tak jak dziecko uczy się języka od matki. Do gramatyki doszłam dopiero, gdy już umiałam swobodnie się porozumiewać. Nie musiałam, a chciałam. To ważne. By chcieć na każdym etapie nauki. By się nie zniechęcać, nie poddawać, nie wątpić w swoją pasję, nie myśleć w stylu "a do czego w ogóle to mi sie przyda?" Chcemy się nauczyć i dlatego się uczymy! Etap przymusowej edukacji mamy dawno za sobą!


Druga sprawa dotyczy wydania książki. Otóż chciałabym, aby moja praca magisterska stała się książką. Pisałam ją i pisałam i za każdym razem, gdy coś mówiło dość, wystarczy, odpuść sobie, motywowałam się właśnie tym pomysłem: muszę wydać pracę jako książkę! I dlatego muszę ją ukończyć i obronić. I tutaj moje pytanie. Być może ktoś wie, zna się na tym, czy może sam wydał już książkę i mógłby doradzić jak najlepiej to zrobić? Wszelkie informacje mile widziane.

Adres do kontaktu: cafehurriya@yahoo.com

 Zapraszam :)