wtorek, 11 grudnia 2012

niedziela, 30 września 2012

O tańcu.


   Chciałabym napisać dziś coś o tańcu orientalnym zwanym potocznie "tańcem brzucha". Tak mnie naszło po prostu słuchając paru piosenek z przeszłości... Przypomniałam sobie moje pierwsze przygody z muzyką orientalną i także z tymże tańcem. Było to dość wcześnie, bo jeszcze w szkole podstawowej. Nigdy wcześniej ani nie oglądałam żadnych pokazów tego tańca, ani tym bardziej nie uczęszczałam na kursy. Zresztą wtedy nie było jeszcze chyba takich kursów... Jednak od początku czułam, że jest on mój. Po prostu mój. Bywa, że kupując buty przymierzymy nagle, bez zastanowienia jakąś parę i leży jak ulał, jakby dla nas były stworzone. O czymś takim mówię. Tak było w moim przypadku z tańcem orientalnym. Jednocześnie, co oczywiście idzie w jakimś stopniu w parze, uwielbiałam muzykę wschodnią, także odkąd pamiętam. Jednak jak wiadomo, nie każdy gatunek muzyki wschodniej nadaje się do tegoż tańca, czy do tańca w ogóle. Ja uwielbiałam w każdym wydaniu, choć różnie to ewoluowało u mnie. Raz wolałam taką bardziej "skoczną", innym razem sentymentalną. Zmieniało się to, z pewnością w odniesieniu do wydarzeń w moim życiu. Teraz jestem nieco bardziej wybredna, kiedyś wszystko jak leci sprawiało, że fruwałam ze szczęścia. Być może dlatego, że po prostu nie było takiej obfitości i wyboru w tym zakresie. Skąd czerpałam swoje zbiory? Po pierwsze przez radio. Kiedyś udało mi się przypadkowo trafić na jakiś arabski kanał radiowy, oczywiście słyszalny minimalnie, dla mnie jednak to był cud świata. Odleciałam od razu. Pamiętam jak nagrywałam na kasetę wszystko jak leci, czy to muzyka, czy wiadomości. Potem podczas mojej pierwszej wizyty w Turcji, w wieku 14 lat, kupiłam sobie pierwsze kasety. Były to kasety głównie z muzyką arabską, choć nie ma takich w Turcji wiele (przynajmniej wtedy nie było) i choć budziło to niemałe zdziwienie wśród sprzedawców. Dlaczego nie kupię sobie chociażby takiego Tarkana??! Przecież tyle jest najrozmaitszych kaset do wyboru i koloru! Akurat muzyka arabska? Patrzyli na mnie z niesmakiem. Było to dla nich formą obelgi, choć nie zamierzonej. Co za bezguściem trzeba być, by przyjechać do Turcji i wobec ogromu najróżniejszych możliwości pytać o muzykę arabską!
Jedyne dostępne wówczas kasety z muzyką arabską, były to składanki muzyki egipskiej, pod nazwą Mezdeke. Tu proszę bardzo przykład:)









Mezdeke zresztą to grupa trzech kobiet tańczących coś na kształt "tańca brzucha" do tej właśnie muzyki. Pamiętam, że długo nie mogłam zrozumieć, o co w tym chodzi. Jak z innych źródeł się dowiedziałam, piosenki znajdujące się na kasecie nie miały nic wspólnego z nazwą "Mezdeke", były to po prostu zwykłe, popularne w Egipcie piosenki, różnych wykonawców. Jak się potem okazało była to muzyka, do której one wykonywały swoje układy taneczne.Oczywiście na kasecie nie było ich ani widać (poza zdjęciem) ani słychać. Taniec można było zobaczyć na przykład w telewizji, czy też podczas jakiegoś występu na żywo. Zresztą jak na moje, nawet ówczesne, bezkrytyczne oko, ich taniec nie był zbyt porywający. Taki sobie układzik, machanie spódnicą itp. Mi taniec orientalny nie z tym się kojarzył. Zdecydowanie za mało było w tym pasji, ruchu, płynności i jakby to ująć...stopienia ciała z muzyką? Widać było na pierwszy rzut oka, że jest to wystudiowane, a nie wypływające z wnętrza, zapamiętane, a nie spontaniczne, wykonane bardziej na pokaz niż dla przyjemności. Dlatego mi się nie podobało. I dlatego też nie podobały mi się wszystkie temu podobne pokazy wykonywane w hotelach dla turystów, czy też w telewizyjnych programach. Dlatego też od początku, mimo że sama uwielbiałam ten taniec, nigdy nie chciałam zapisać się na żaden kurs. Nie chciałam uczyć się konkretnych ruchów, technik, metod, układów itp. Miałam wrażenie, że gdybym podeszła do tego od tej strony straciłabym świeżość spojrzenia i zdolność spontanicznego reagowania na muzykę. Wystarczy wyobrazić sobie ten mechanizm. Jak tańczy osoba, która tańca nauczyła się na kursie? (Być może się mylę. Być może generalizuję. Na pewno tak jest.) Samo słowo "nauczyła się" mówi już wiele. Nie umiała, jednak poszła na kurs i się nauczyła. I teraz już umie. A jak tańczy ktoś, kto czuje potrzebę tańca, chociaż nigdy się go nie uczył? Bo gdy słyszy muzykę nie może usiedzieć na miejscu. Bo czuje muzykę i celem jego nie jest pokazanie czegoś innym, a po prostu poddanie się spontanicznej potrzebie wyrażenia tego, co czuje. Dlatego właśnie nigdy nie poszłam na żaden kurs. To była podstawowa przyczyna. Oczywiście doszły także inne całkiem bezsensowne, jednak bardziej konkretne i niby logiczne, typu nie mam czasu, typu mam ważniejsze sprawy na głowie, typu po co mi to, przecież i tak nie zostanę tancerką (!!?) itd. Tak naprawdę zawsze chciałam zostać tancerką. Wiedziałam wewnętrznie, że to dało by mi radość. Taką prawdziwą radość.
Jednak przede wszystkim kurs kojarzył mi się z nauką czegoś. Nie chciałam poznawać  "kroków", "technik", "układów". Chciałam tylko wyrażać, to co czułam.
W tych zamierzchłych czasach korzystałam z każdej okazji wyrażania. Lubiłam tańczyć.
Jednak miałam też pewne przekonania...
Przekonania te zwyciężyły i na długo, bardzo długo, zdecydowanie za długo oddaliłam się od swojej pasji, od wyrażania siebie. Uznałam tą formę wyrażania za powód do wstydu (!?).
Ta postawa utrwaliła mi się tak bardzo, że nawet uwierzyłam, że był to tylko jakiś wybryk młodzieńczych lat, że nie potrzebuję tego do szczęścia, że mogę się tego wyrzec...
Dopiero teraz widzę, jaki ma to związek z osobowością. Że wyrzeczenie się tak ważnej części siebie spowodowało, powstanie różnych blokad i zahamowań. Wcześniej blokady te również miałam, bo z pewnością wynikały one np. ze sposobu wychowania, jednak właśnie taniec sprawiał, że znikały. Wyrzeczenie się tańca spowodowało, że stały się treścią życia i nawet uwierzyłam, że tak wygląda moja osobowość. Życie w cieniu, w ukryciu nawet, pod wieloma zasłonami, tymi fizycznymi i tymi duchowymi... Wybrałam skrycie się gdzieś pod powierzchnią, tak by nie widzieć tego, co burzy spokój i by nie być widzianą.
Nie o tym miałam pisać. Jednak to wyjaśnienie również jest ważne. Uświadamia mi, gdy to piszę, choć już wcześniej sobie to uświadomiłam, jednak uświadamia mi ponownie, jak ważny jest taniec.
Dlaczego taniec orientalny akurat?
Być może chodzi o wibrację dopasowaną do mojej osobistej wibracji, być może o jakieś inne powiązania. Jednak to ta forma tańca od zawsze najbardziej mi odpowiadała.
Zawsze miałam takie dziwne uczucie braku z tym związanego, jakbym nie wykonała jakiejś misji, jakbym coś straciła, uciekając od tego co daje mi taką przyjemność.
Od jakiegoś czasu jednak powoli, stopniowo zbliżam się w tym kierunku. Nie mam powodu utrzymywać w umyśle błędnych przekonań na swój temat i na temat rzeczywistości. Te przekonania ograniczają i odgradzają od pełni. Wiem, że droga prowadzi przez taniec.
Na koniec wspomnę o pewnym sposobie na rozwiązywanie problemów, jaki od jakiegoś czasu stosuję, a który związany jest właśnie z tańcem. Taniec sprawia, że się otwieram i pozbywam blokad i dzięki temu, gdy tańczę, łatwiej jest mi usłyszeć głos wewnętrzny. To taka forma medytacji. Poddaję się muzyce, dzięki czemu nie myślę. Gdy myśli ustają pojawia się wewnętrzna pustka. To ta pustka, której istnienie zagłusza natłok myśli, dźwięków i wszelkich natrętnych bodźców w życiu codziennym. I to z tej pustki rodzą się odpowiedzi. Czasem w formie pomysłu, spontanicznego, nie wiadomo skąd, a jakże trafnego i odkrywczego. Czasem w formie głosu, czasem obrazu, a czasem odczucia. Nie zawsze udaje się to uchwycić. Czasem jak płomień pojawia się i gaśnie po chwili. Jednak pozostawia cząstkę świadomości. Czuję się bliżej sedna i im więcej tańczę tym więcej spokoju mam w sobie. Odczytywanie w ten sposób rzeczywistości jest z jednej strony jak zabawa, z drugiej zaś daje poczucie bliskości Źródła. Poczucie jedności rodzi się wtedy i wewnętrzny spokój. A także pewność tego, że jestem na właściwej drodze. Nie ma znaczenia, którędy, ma jednak znaczenie dokąd...
W taki więc sposób szukam rozwiązań i często je znajduję. Szukanie rozwiązań w sobie niczym tak naprawdę nie różni się od różnorakich form "wróżenia" (nie przepadam za tym słowem). Różnią się one tylko narzędziem. Narzędziem może być tarot, kształt chmur, fusy z kawy czy cokolwiek. Ale sednem jest dotarcie do własnego wnętrza i usłyszenie tego, co mówi...



piątek, 7 września 2012

Znowu przepis

Lubię gotować. Odkrywczo stwierdziłam to wczoraj przygotowując potrawę, jak zwykle z głowy, własną kombinację składników, tak jak mi ochota w danej chwili przyszła. Nigdy nie umiałam gotować potraw tzw. tradycyjnych, posiadających swój stały przepis i nazwę. To nie dla mnie, nie lubię schematów. Satysfakcję daje mi wymyślanie własnych potraw. Oczywiście istnieją takie potrawy, z tych mających nazwę i przepis, które potrafię wykonać. Ale niewiele tego. Wczoraj zrobiłam po raz pierwszy w życiu paprykę nadziewaną. Wyszła przepysznie, ale nie była to oczywiście papryka według przepisu tylko taka jak sobie zechciałam. Bezmięsna, za to z całą masą pysznych warzywek.
Podaję więc przepis:

Składniki:
kilka papryk o kształcie nadającym się do faszerowania (dolmalik), dowolnego koloru
ryż
pomidory
bakłażan
cukinia
1/2 ostrej papryczki
natka pietruszki
przecier pomidorowy
oliwa z oliwek
sól
oregano

I oczywiście znowu, jeśli ktoś lubi, może być cebula, czosnek itp. oraz inne przyprawy (znowu nie miałam).
Warzywa (poza paprykami przeznaczonymi do faszerowania) kroimy w drobną kostkę. Jedną z papryk także kroimy, reszta zostaje w całości. Warzywa wrzucamy na rozgrzaną oliwę do garnka i dusimy pod przykryciem na wolnym ogniu aż staną się papką (poza natka pietruszki). Dodajemy do nich oregano i sól. Gotujemy ryż. Do dużej miski wsypujemy ugotowany ryż i papkę z warzyw. Część papki pozostawiamy w garnku. Dodajemy pokrojoną natkę pietruszki. Mieszamy ryż i warzywa. Pozostałe papryki wydrążamy i napełniamy powstałym farszem. Układamy je w garnku na pozostałym tam farszu i dolewamy wody na wysokość połowy papryki. Dodajemy trochę przecieru pomidorowego i solimy. Przykrywamy i dusimy aż papryki zmiękną. 

Smacznego!

sobota, 25 sierpnia 2012

Przepis

Dzisiaj w innym tonie niż zwykle. "Zwykle" to chyba za dużo powiedziane, bo ostatnio jakoś niewiele tu napisałam:) Ale bez dygresji. Wczoraj zrobiłam pyszną zupkę i chciałabym podzielić się przepisem:) Z pewnością, gdyby to miejsce miało swoje miejsce w realu, potrawa ta znalazłaby się w menu, więc wszystko jest na miejsce. Zresztą cóż to za gdybanie? Właściwiej byłoby: gdy już będzie można mnie odwiedzić w Cafe Hurriya, na pewno będzie można spróbować tej potrawy:) Nie jest to nic wyszukanego, ani skomplikowanego, zwykłe kilka składników na krzyż, ale delektując się wczoraj smakiem tej potrawy pomyślałam, że a nuż komuś takie zestawienie nie przyszło do głowy, to może skorzysta jak się podzielę.
Więc do rzeczy:

Składniki

Pomidory (ilość zależna od preferencji, ja użyłam dwie duże sztuki)
1 bakłażan (może być więcej)
1 cukinia
2 białe papryki (mogą być dowolne inne)
1/2 ostrej papryczki
przecier pomidorowy (lepiej w formie płynnej)
garść ryżu
2 ziemniaki
oliwa z oliwek
oregano
sól

Dodatkowo pewnie większość osób dodała by tu czosnek "do smaku", lub też cebulę więc może być i tak. Moja wersja nie zawierała tych składników.
Można dodać też inne przyprawy: bazylię, paprykę w proszku, pieprz, może i curry (?)- ja niestety nie miałam ich w domu więc dodałam tylko oregano w dużej ilości. Poszczególnych warzyw można oczywiście dodać do woli, jak kto lubi.

Warzywa obieramy ze skórki, kroimy w kostkę i wrzucamy na podgrzaną oliwę, do zwykłego garnka - poza ziemniakami.Garnek przykrywamy i na wolnym ogniu niech się dusi aż warzywa zmiękną. Po jakimś czasie rozgniatamy widelcem, osiągając coś w rodzaju papki. Dolewamy przecier pomidorowy i wodę, wsypujemy trochę ryżu, ziemniaki. Dodajemy oregano, sól i jeszcze trochę oliwy. Przykrywamy i tym razem na nieco większym ogniu gotujemy aż ziemniaki zmiękną.

I gotowe:)

wtorek, 29 maja 2012

Postęp

Już jakiś czas minął odkąd założyłam tego bloga. Nieco się przez ten czas zmieniło w moim życiu, a zwłaszcza w głowie. Jest postęp. Rzeka wciąż płynie. Staram się nie stawiać jej na drodze żadnych tam. Tamy są, nie mogę powiedzieć, że nie. Ale mój stosunek to nich także się zmienił. Już nie napawają mnie takim lękiem. Mam do nich nieco większy dystans. Mogę już spojrzeć i powiedzieć: Tak tu jest problem, tędy woda nie przepływa swobodnie, należy nad tym popracować. Mam nieco większą przejrzystość w głowie. Nieco lepiej radzę sobie z ogarnięciem umysłem całego ogromu spraw jakie się przewijają. Powoli idę, płynę do przodu. Kiedyś zdarzyło mi się zawadzić o taką tamę i utknąć na dość długo w jednym miejscu. Trzymała mocno. Tak mocno, że wydawało się, że wszystko zatrzymało się w miejscu, że rzeka już nie płynie, a ja mogę tylko siedzieć tam gdzie utknęłam i starać się jak najdłużej wytrwać. Jednak jak się okazuje, po prostu przez nieuwagę zaczepiłam się o tą przeszkodę i przestałam płynąć. Wystarczyło uświadomić sobie, że wszystko dookoła żyje i płynie jak dawniej i że po prostu trzeba puścić i zacząć płynąć. Powrócić do harmonii z otoczeniem. Przestać analizować co w jakim stopniu mi przeszkadza, zawadza, staje na drodze, tylko płynąć z nurtem tak jakby nie było żadnych przeszkód. Nie zwracać na nie uwagi. Robić swoje czyli płynąć.
Płynę.
Dużo spraw odblokowuje się samo, jakby idąc za przykładem innych wcześniej odblokowanych. Jest to taki automat, reakcja łańcuchowa. Wystarczy pociągnąć za jedną nitkę, czasem nawet nieświadomie, a inne również się poruszą. Jednak nie można ciągnąć za mocno, aby nie utworzył się supeł. To ważne. Bo czasem gdy za mocno czegoś pragniemy, działamy sobie na przekór. Nie ma potrzeby ciągnąć mocno, wystarczy wprawnie chwycić i poruszyć z wyczuciem, a wszystko samo ułoży się zgodnie z wolą. Brzmi optymistycznie? To dobrze. O to właśnie chodzi. Bo powodzenie w działaniu zależy od wiary w to powodzenie. Osiągnięcie czegokolwiek będąc pesymistą jest mało możliwe i nawet jeśli uda się, nie będzie to pełny sukces, a nawet gdyby był nie będzie z niego pełnej satysfakcji. Bo zawsze może to być złudzenie? Bo sukces może potrwać tylko chwilę? Bo może powinąć się noga? Bo nie warto się zachłystywać itd. A wiara w powodzenie równa się entuzjazm, siła, energia, kreatywność, niekończące się pomysły! Czyli to co niezbędne do sukcesu w jakiejkolwiek dziedzinie. 
Wracając do tematu bloga. Blog ten miał za zadanie zmotywować mnie do działania, dodać optymizmu (poprzez radosną kolorystykę i wyłącznie pozytywne treści), pobudzić kreatywność. I udało mu się w dużej mierze. Stał się takim punktem zaczepienia, który popychał mnie do dalszych poszukiwań, kierował moją uwagę w pozytywnych kierunkach, ku życiu, ku kolorom. Taki "drobiazg" a ile różnych pozytywnych inicjatyw się z niego zrodziło. Oczywiście nie można przesadzić. Blog to tylko jeden mały element całości. Życie nie składa się tylko z bloga:) Było duuużo innych stymulujących elementów. Niektóre można powiedzieć, że uratowały mi życie. Ale piszę o blogu, bo również miał swoją rolę. Wszystko ma swoją rolę, choć często tego nie dostrzegamy. Jedno słowo, jeden gest, jedna chwila czasem wystarczy, by zmienił się kierunek, bieg rzeczy. 
Ale nie był to jedyny cel założenia tego bloga i o tym chciałam przede wszystkim napisać. 
Otóż jak już kiedyś pisałam ma to być zalążek czegoś co ma powstać (i mam nadzieję powstanie) w "realu". To jest cel główny. Stworzyłam ten blog, aby cel ten nie wyparował z mojej głowy. Jako że często miewam tysiąc pomysłów na minutę i duża część z nich znika bezpowrotnie, stworzyłam to miejsce, aby utrwalić coś, co wiem, że będzie wspaniałe. Dlatego nie chcę, aby rozmyło się w morzu innych spraw i pomysłów. Stworzyłam to i jest. A skoro jest, to może się już tylko rozwijać. Bo czym innym jest pomysł, a czym innym pomysł zrealizowany. Należy zacząć. Potem już tylko wytrwać i cieszyć się z postępu:)