źródło: www.toltecwisdom.eu
czwartek, 13 września 2012
piątek, 7 września 2012
Znowu przepis
Lubię gotować. Odkrywczo stwierdziłam to wczoraj przygotowując potrawę, jak zwykle z głowy, własną kombinację składników, tak jak mi ochota w danej chwili przyszła. Nigdy nie umiałam gotować potraw tzw. tradycyjnych, posiadających swój stały przepis i nazwę. To nie dla mnie, nie lubię schematów. Satysfakcję daje mi wymyślanie własnych potraw. Oczywiście istnieją takie potrawy, z tych mających nazwę i przepis, które potrafię wykonać. Ale niewiele tego. Wczoraj zrobiłam po raz pierwszy w życiu paprykę nadziewaną. Wyszła przepysznie, ale nie była to oczywiście papryka według przepisu tylko taka jak sobie zechciałam. Bezmięsna, za to z całą masą pysznych warzywek.
Podaję więc przepis:
Składniki:
kilka papryk o kształcie nadającym się do faszerowania (dolmalik), dowolnego koloru
ryż
pomidory
bakłażan
cukinia
1/2 ostrej papryczki
natka pietruszki
przecier pomidorowy
oliwa z oliwek
sól
oregano
I oczywiście znowu, jeśli ktoś lubi, może być cebula, czosnek itp. oraz inne przyprawy (znowu nie miałam).
Warzywa (poza paprykami przeznaczonymi do faszerowania) kroimy w drobną kostkę. Jedną z papryk także kroimy, reszta zostaje w całości. Warzywa wrzucamy na rozgrzaną oliwę do garnka i dusimy pod przykryciem na wolnym ogniu aż staną się papką (poza natka pietruszki). Dodajemy do nich oregano i sól. Gotujemy ryż. Do dużej miski wsypujemy ugotowany ryż i papkę z warzyw. Część papki pozostawiamy w garnku. Dodajemy pokrojoną natkę pietruszki. Mieszamy ryż i warzywa. Pozostałe papryki wydrążamy i napełniamy powstałym farszem. Układamy je w garnku na pozostałym tam farszu i dolewamy wody na wysokość połowy papryki. Dodajemy trochę przecieru pomidorowego i solimy. Przykrywamy i dusimy aż papryki zmiękną.
Smacznego!
sobota, 25 sierpnia 2012
Przepis
Dzisiaj w innym tonie niż zwykle. "Zwykle" to chyba za dużo powiedziane, bo ostatnio jakoś niewiele tu napisałam:) Ale bez dygresji. Wczoraj zrobiłam pyszną zupkę i chciałabym podzielić się przepisem:) Z pewnością, gdyby to miejsce miało swoje miejsce w realu, potrawa ta znalazłaby się w menu, więc wszystko jest na miejsce. Zresztą cóż to za gdybanie? Właściwiej byłoby: gdy już będzie można mnie odwiedzić w Cafe Hurriya, na pewno będzie można spróbować tej potrawy:) Nie jest to nic wyszukanego, ani skomplikowanego, zwykłe kilka składników na krzyż, ale delektując się wczoraj smakiem tej potrawy pomyślałam, że a nuż komuś takie zestawienie nie przyszło do głowy, to może skorzysta jak się podzielę.
Więc do rzeczy:
Składniki
Pomidory (ilość zależna od preferencji, ja użyłam dwie duże sztuki)
1 bakłażan (może być więcej)
1 cukinia
2 białe papryki (mogą być dowolne inne)
1/2 ostrej papryczki
przecier pomidorowy (lepiej w formie płynnej)
garść ryżu
2 ziemniaki
oliwa z oliwek
oregano
sól
Dodatkowo pewnie większość osób dodała by tu czosnek "do smaku", lub też cebulę więc może być i tak. Moja wersja nie zawierała tych składników.
Można dodać też inne przyprawy: bazylię, paprykę w proszku, pieprz, może i curry (?)- ja niestety nie miałam ich w domu więc dodałam tylko oregano w dużej ilości. Poszczególnych warzyw można oczywiście dodać do woli, jak kto lubi.
Warzywa obieramy ze skórki, kroimy w kostkę i wrzucamy na podgrzaną oliwę, do zwykłego garnka - poza ziemniakami.Garnek przykrywamy i na wolnym ogniu niech się dusi aż warzywa zmiękną. Po jakimś czasie rozgniatamy widelcem, osiągając coś w rodzaju papki. Dolewamy przecier pomidorowy i wodę, wsypujemy trochę ryżu, ziemniaki. Dodajemy oregano, sól i jeszcze trochę oliwy. Przykrywamy i tym razem na nieco większym ogniu gotujemy aż ziemniaki zmiękną.
I gotowe:)
Więc do rzeczy:
Składniki
Pomidory (ilość zależna od preferencji, ja użyłam dwie duże sztuki)
1 bakłażan (może być więcej)
1 cukinia
2 białe papryki (mogą być dowolne inne)
1/2 ostrej papryczki
przecier pomidorowy (lepiej w formie płynnej)
garść ryżu
2 ziemniaki
oliwa z oliwek
oregano
sól
Dodatkowo pewnie większość osób dodała by tu czosnek "do smaku", lub też cebulę więc może być i tak. Moja wersja nie zawierała tych składników.
Można dodać też inne przyprawy: bazylię, paprykę w proszku, pieprz, może i curry (?)- ja niestety nie miałam ich w domu więc dodałam tylko oregano w dużej ilości. Poszczególnych warzyw można oczywiście dodać do woli, jak kto lubi.
Warzywa obieramy ze skórki, kroimy w kostkę i wrzucamy na podgrzaną oliwę, do zwykłego garnka - poza ziemniakami.Garnek przykrywamy i na wolnym ogniu niech się dusi aż warzywa zmiękną. Po jakimś czasie rozgniatamy widelcem, osiągając coś w rodzaju papki. Dolewamy przecier pomidorowy i wodę, wsypujemy trochę ryżu, ziemniaki. Dodajemy oregano, sól i jeszcze trochę oliwy. Przykrywamy i tym razem na nieco większym ogniu gotujemy aż ziemniaki zmiękną.
I gotowe:)
niedziela, 19 sierpnia 2012
wtorek, 29 maja 2012
Postęp
Już jakiś czas minął odkąd założyłam tego bloga. Nieco się przez ten czas zmieniło w moim życiu, a zwłaszcza w głowie. Jest postęp. Rzeka wciąż płynie. Staram się nie stawiać jej na drodze żadnych tam. Tamy są, nie mogę powiedzieć, że nie. Ale mój stosunek to nich także się zmienił. Już nie napawają mnie takim lękiem. Mam do nich nieco większy dystans. Mogę już spojrzeć i powiedzieć: Tak tu jest problem, tędy woda nie przepływa swobodnie, należy nad tym popracować. Mam nieco większą przejrzystość w głowie. Nieco lepiej radzę sobie z ogarnięciem umysłem całego ogromu spraw jakie się przewijają. Powoli idę, płynę do przodu. Kiedyś zdarzyło mi się zawadzić o taką tamę i utknąć na dość długo w jednym miejscu. Trzymała mocno. Tak mocno, że wydawało się, że wszystko zatrzymało się w miejscu, że rzeka już nie płynie, a ja mogę tylko siedzieć tam gdzie utknęłam i starać się jak najdłużej wytrwać. Jednak jak się okazuje, po prostu przez nieuwagę zaczepiłam się o tą przeszkodę i przestałam płynąć. Wystarczyło uświadomić sobie, że wszystko dookoła żyje i płynie jak dawniej i że po prostu trzeba puścić i zacząć płynąć. Powrócić do harmonii z otoczeniem. Przestać analizować co w jakim stopniu mi przeszkadza, zawadza, staje na drodze, tylko płynąć z nurtem tak jakby nie było żadnych przeszkód. Nie zwracać na nie uwagi. Robić swoje czyli płynąć.
Płynę.
Dużo spraw odblokowuje się samo, jakby idąc za przykładem innych wcześniej odblokowanych. Jest to taki automat, reakcja łańcuchowa. Wystarczy pociągnąć za jedną nitkę, czasem nawet nieświadomie, a inne również się poruszą. Jednak nie można ciągnąć za mocno, aby nie utworzył się supeł. To ważne. Bo czasem gdy za mocno czegoś pragniemy, działamy sobie na przekór. Nie ma potrzeby ciągnąć mocno, wystarczy wprawnie chwycić i poruszyć z wyczuciem, a wszystko samo ułoży się zgodnie z wolą. Brzmi optymistycznie? To dobrze. O to właśnie chodzi. Bo powodzenie w działaniu zależy od wiary w to powodzenie. Osiągnięcie czegokolwiek będąc pesymistą jest mało możliwe i nawet jeśli uda się, nie będzie to pełny sukces, a nawet gdyby był nie będzie z niego pełnej satysfakcji. Bo zawsze może to być złudzenie? Bo sukces może potrwać tylko chwilę? Bo może powinąć się noga? Bo nie warto się zachłystywać itd. A wiara w powodzenie równa się entuzjazm, siła, energia, kreatywność, niekończące się pomysły! Czyli to co niezbędne do sukcesu w jakiejkolwiek dziedzinie.
Wracając do tematu bloga. Blog ten miał za zadanie zmotywować mnie do działania, dodać optymizmu (poprzez radosną kolorystykę i wyłącznie pozytywne treści), pobudzić kreatywność. I udało mu się w dużej mierze. Stał się takim punktem zaczepienia, który popychał mnie do dalszych poszukiwań, kierował moją uwagę w pozytywnych kierunkach, ku życiu, ku kolorom. Taki "drobiazg" a ile różnych pozytywnych inicjatyw się z niego zrodziło. Oczywiście nie można przesadzić. Blog to tylko jeden mały element całości. Życie nie składa się tylko z bloga:) Było duuużo innych stymulujących elementów. Niektóre można powiedzieć, że uratowały mi życie. Ale piszę o blogu, bo również miał swoją rolę. Wszystko ma swoją rolę, choć często tego nie dostrzegamy. Jedno słowo, jeden gest, jedna chwila czasem wystarczy, by zmienił się kierunek, bieg rzeczy.
Ale nie był to jedyny cel założenia tego bloga i o tym chciałam przede wszystkim napisać.
Otóż jak już kiedyś pisałam ma to być zalążek czegoś co ma powstać (i mam nadzieję powstanie) w "realu". To jest cel główny. Stworzyłam ten blog, aby cel ten nie wyparował z mojej głowy. Jako że często miewam tysiąc pomysłów na minutę i duża część z nich znika bezpowrotnie, stworzyłam to miejsce, aby utrwalić coś, co wiem, że będzie wspaniałe. Dlatego nie chcę, aby rozmyło się w morzu innych spraw i pomysłów. Stworzyłam to i jest. A skoro jest, to może się już tylko rozwijać. Bo czym innym jest pomysł, a czym innym pomysł zrealizowany. Należy zacząć. Potem już tylko wytrwać i cieszyć się z postępu:)
sobota, 24 marca 2012
Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie.
Kiedy następuje przemiana? Co przemienia lód w wodę, a wodę w lekkość przestrzeni?
Musi być jakiś bodziec. Uświadomiony lub nie. Coś musi wywołać potrzebę zmiany. To co dotychczasowe, musi dać odczuć swoją bezużyteczność. Musi zbrzydnąć do tego stopnia, że narodzi się tęsknota za świeżością. Nie zawsze jest to na tyle odczuwalne, aby móc się do tego przyznać, chociażby przed sobą. Bywa, że umysłem nadal trwamy przy starym, bronimy się przed zmianą, szukamy dróg ucieczki przed tym, co nieuniknione. Szukamy, a jednocześnie czujemy przedsmak nowych barw. Czasem boimy się ich, a czasem nadają naszym dniom, nie do końca jeszcze uświadomiony sens. I co wtedy robimy? To samo co wcześniej, ale z rosnącym z dnia na dzień akcentem zmiany. Ta zmiana rośnie, w nas, w przestrzeni, w kolorach, w ludziach którzy nas otaczają. Zaczyna być coraz bardziej widoczna. A jednak oczy zwrócone nadal są, na to do czego przywykły.
Aż nadchodzi dzień...
...kiedy nagle coś pęka, rozpryskuje się, roztapia, odpływa powoli, jak topniejący śnieg.
I zaczyna kiełkować nowe, nieznane... Z każdym promieniem światła jakie rzucamy my, swoim przychylnym okiem, swoją wiarą w nowy dzień, swoją nadzieją na nowy świat, blaskiem wewnętrznej pewności, przybierającej na sile z minuty na minutę.
To co wzrasta, nadaje powoli ton wszystkiemu innemu. Zmienia perspektywę. Daje odejść reszcie kurczowo trzymających się nas przebrzmiałych elementów. Sprawia, że przestają pasować do całości. Zaczynają czuć się nieswojo w nowym otoczeniu. I odchodzą, zwalniając miejsce, stwarzając wolną przestrzeń dla światła, dla kolorów, dla oddechu.
Czasem lepiej, gdy to miejsce pozostanie puste, niezapełnione. Im mniejsze nagromadzenie elementów, tym większa swoboda poruszania, tym więcej światła i możliwości wyboru.
Warto pozostawić wolną przestrzeń. By nowe myśli swobodnie mogły przepływać, nie zatrzymując się, robiąc miejsce kolejnym, by uniknąć ponownej stagnacji. Niech wszystko płynie. Niech wszystko pozostanie w ruchu. Nie ma potrzeby niczego zatrzymywać, bo...
tylko to, co będąc w ruchu do nas powraca, jest naprawdę nasze.
Musi być jakiś bodziec. Uświadomiony lub nie. Coś musi wywołać potrzebę zmiany. To co dotychczasowe, musi dać odczuć swoją bezużyteczność. Musi zbrzydnąć do tego stopnia, że narodzi się tęsknota za świeżością. Nie zawsze jest to na tyle odczuwalne, aby móc się do tego przyznać, chociażby przed sobą. Bywa, że umysłem nadal trwamy przy starym, bronimy się przed zmianą, szukamy dróg ucieczki przed tym, co nieuniknione. Szukamy, a jednocześnie czujemy przedsmak nowych barw. Czasem boimy się ich, a czasem nadają naszym dniom, nie do końca jeszcze uświadomiony sens. I co wtedy robimy? To samo co wcześniej, ale z rosnącym z dnia na dzień akcentem zmiany. Ta zmiana rośnie, w nas, w przestrzeni, w kolorach, w ludziach którzy nas otaczają. Zaczyna być coraz bardziej widoczna. A jednak oczy zwrócone nadal są, na to do czego przywykły.
Aż nadchodzi dzień...
...kiedy nagle coś pęka, rozpryskuje się, roztapia, odpływa powoli, jak topniejący śnieg.
I zaczyna kiełkować nowe, nieznane... Z każdym promieniem światła jakie rzucamy my, swoim przychylnym okiem, swoją wiarą w nowy dzień, swoją nadzieją na nowy świat, blaskiem wewnętrznej pewności, przybierającej na sile z minuty na minutę.
To co wzrasta, nadaje powoli ton wszystkiemu innemu. Zmienia perspektywę. Daje odejść reszcie kurczowo trzymających się nas przebrzmiałych elementów. Sprawia, że przestają pasować do całości. Zaczynają czuć się nieswojo w nowym otoczeniu. I odchodzą, zwalniając miejsce, stwarzając wolną przestrzeń dla światła, dla kolorów, dla oddechu.
Czasem lepiej, gdy to miejsce pozostanie puste, niezapełnione. Im mniejsze nagromadzenie elementów, tym większa swoboda poruszania, tym więcej światła i możliwości wyboru.
Warto pozostawić wolną przestrzeń. By nowe myśli swobodnie mogły przepływać, nie zatrzymując się, robiąc miejsce kolejnym, by uniknąć ponownej stagnacji. Niech wszystko płynie. Niech wszystko pozostanie w ruchu. Nie ma potrzeby niczego zatrzymywać, bo...
tylko to, co będąc w ruchu do nas powraca, jest naprawdę nasze.
sobota, 17 marca 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)
